Istnieje od 13 lutego 1945 roku


90-508 Łódź, ul. Gdańska 100/102
tel.: +48 (42) 636 68 35
NIP: 727-278-76-21 
 Nr. R-ku: 18 2490 0005 0000 4500 4350 8143


spis treści
Jacek Kotlicki


  

Jacek Kotlicki urodził się 22 grudnia 1950 roku w Łodzi.
Po ukończeniu szkoły podstawowej kontynuował naukę w XXI LO im. Bolesława Prusa w Łodzi. Właśnie wtedy - gdy miał 16 lat - zaczęły powstawać jego pierwsze utwory poetyckie. Okres ten trwał około trzech lat. Później rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim w Wojskowej Akadem Medycznej po ukończeniu której - po odbyciu stażu podyplomowego - wyjechał na cztery lata z Łodzi do Pleszewa, by pełnić zawodową służbę wojskową w tamtejszej jednostce wojskowej.
W roku 1982 powrócił do rodzinnego miasta obejmując stanowisko naukowo - dydaktyczne w macierzystej uczelni.
Po rozwiązaniu Wojskowej Akadem Medycznej podjął prace w szpitalu MSW jako konsultant w dziedzinie neurologii.
Swą twórczość poetycką wznowił dopiero po blisko trzydziestu latach.



 

Słowo jako farmakoon


Wszyscy znają, jak mniemam, ?Dżumę? A. Camusa, a  sądzić tak mogę dlatego, ponieważ  książka ta należy do kanonu lektur szkolnych. Pamiętają zatem, że obok pierwszoplanowych postaci pojawia się tam  skromny urzędnik Józef Grand. Celem jego życia jest nie monotonna, nużąca praca biurowa, ale ?niedzielne pisanie?. ?Pisanie? - to za wiele powiedziano. Nasz bohater tworzy bowiem jedno tylko zdanie o pięknej kobiecie, która wybiera się na przejażdżkę na rączej bułance. Konstruuje on niezliczone wersje tego  tekstu - zdania mając nadzieję, że w końcu znajdzie idealną formułę powiadomienia - epifanii, które zarazem jest celem, sensem i uwieńczeniem jego życia. 

Wielce to sympatyczna postać, choć nie bez pewnej ironii  Camus  to cyzelowanie banalnej (tak się wydaje)  informacji  przedstawia. W końcu J. Grand znajdzie się w środku szalejącej dżumy i przejmie rolę zapisywacza jej ofiar - będzie prowadził rejestr zgonów. Ale czy w tej parabolicznej powieści sama działalność literacka naszego urzędnika nie jest dodatkową jeszcze parabolą? Zawarto w niej bowiem piękną utopię Słowa, które uzdrawia, które jest lekarstwem (farmakoon), słowa, które  stanowi o godności ludzkiej osoby. Myślę o Józefie Grandzie, kiedy spotykam się z twórczością poświęconą jednej obsesji (jednemu zdaniu), której zaprzedaje się duszę i życie. Na ogół taką wiarę w słowo prezentują twórcy, których nie zepsuła jeszcze filologia czy profesjonalne środowisko literackie. Tzw. twórca profesjonalny musi być obdarzony pewną porcją dystansu wobec własnych zamierzeń, musi się poddać rytmowi naszych czasów, pędzić do przodu, zapomnieć o klasycystycznej zasadzie ?cyzelowania? - ponawiania tekstu.Znam  takiego uroczego człowieka, znakomitego neurologa, akademickiego wykładowcę, który tę swoją lekarską duszę zaprzedał sonetowi. Nie chodzi mi tylko o to, że pisze sonety, bo przecież takich poetów jest legion, ale o zabiegi metapoetyckie, które zasadzają się na tym, iżby strukturę sonetu poddać kompletnej analizie. Po pierwsze - zastanowić się nad jego (sc. Sonetu) wersyfikacyjną pojemnością. Znamy z literatury polskiej sonety jedenasto i trzynastozgłoskowe. A dlaczego nie stworzyć sonetów jedno - dwu - trzy - etc. zgłoskowych. Naszemu poecie się to udało. I jeszcze - konstrukcja sonetu jest tak kunsztowna i trudna, ponieważ wyznaczał ją układ rymów. A może  się pokusić o eksperyment ?wyzbywania się rymu? i doprowadzić w efekcie do ?sonetu białego?? Naszemu poecie i to się udaje. Idzie on wszakże dalej. Poddaje sonetową materię tekstu różnym transformacjom  konsekwentnie (bo takie próby już były czynione) wprowadzając dodatkowe znakowe zapośredniczenia. Tworzy sonety w ?kolorach tęczy?. Sonet nie przywołuje (nazywa) kolorów, on sam jest ?zielony?, ?fioletowy?, ?biały?. I dalej jeszcze sonet - tekst jest także Księgą świata, w której zapisane są szyfry życia naszego Autora. Zdumiewająca to władność i godna szacunku wiara w słowo. Zdarza mi się na zajęciach z poetyki korzystać z doświadczeń naszego Poety i wiem nadto, że z powodzeniem mógłby mnie -filologa on - lekarz na  tych zajęciach zastąpić. 

Honorując jego wiarę w poezję i warsztatowy kunszt przywołam poniżej jeden z jego sonetów:





Wielki Kanion


Poprzez wielki kanion wczorajszego dnia

Kursują pociągi dalekobieżne.

Nie ma przystanków czasu - na żądanie

Tkwiących przy kartofliskach wyobraźni.

Są tylko stacje dokonanych zdarzeń

Stojące na torach czasoprzestrzeni,

Za nimi blaskiem gwiazd przeszłość się mieni

Kołysana hamakiem naszych wrażeń

Okryta czynów spiżową zielenią.

Pośród warstw dźwięków mijających godzin

-Będzie chciał kiedyś dotrzeć do kanionu

Zaplątany w czasie twój samotny cień,

Dręczony marą nadziei, płomieni.

I dotrze .. spóźniony o jutrzejszy dzień



Jacek Kotlicki, Wybór sonetów, Łódź 2001.


 Henryk Pustkowski

 








 

 

Okładki książek:



W przygotowaniu znajduje się tomik sonetów pt. "W pogoni za motylem"

 



 

Taki jestem



Spełnienia tysiącami zdarzeń trwają niby

Tarcza czynów poznanych, lecz dalej pragnieniem.

Czy od nowa uczyć się kształtów nocy,

Niby z wyblakłych luster odnawiać wspomnienia


Wciąż zanurzać się w ciszę pragnieniem własnych słów.

-Lawiny wspomnień topią się w rzekę, jak

Echo kalekie kiedy palce łowią tylko

Ciszę, jak sternik zdarzeń niby zwęglony lód.


Cień twych włosów jak liści jesieni-pozostał

Ślad niespełnionego wciąż dotyku-odcienie

Smutku tak mi bliskie, jak marmur niemych czynów


Lód zastygłych już zdarzeń, gorzkie zioła prawdy

Jak alchemia istnienia, nadziei kryje mgła.

-Taki jestem, na pewno nigdy się nie zmienię!



Wspomnienie motyli


Motyle niczym żagle płyną wśród błękitu

Splecione z ptaków śpiewem,spełnione akacją.

Uchwycę słońce przebijające się wśród drzew

Nie myśląc,że to tylko oddech czasu


Tylko niby pył przemijających dni.

Gdy z mych zgłodniałych pragnień ciągle niedojrzałych

Pozostały już tylko osty,które

Nie wzniecą ognia nadchodzących wciąż dni.


Smutek uleciał wspomnieniem,gdy ciszą

Zrośnięte łany zbóż falują w krajobrazie

Lasem,polem i kwieciem malowane.


Niby mistycznych zdarzeń piana oceanu

Wzburzona falą,jak z morza moich łez

 

-To już nie ten czas z wiatrem się zespala.





POŻEGNANIA


Już wypełniają się te dni pachnące brzozą

0 szorstkiej,białej skórze i zielone sosną. 

Drogi po których ze mną chodziłaś-zatrzymaj 

Je jak wtedy radosne choć przez jedną chwilę.


Niech też pamięć się nimi nasyci-nim przyjdzie 

Czarna czeluść,skąd nie ma żadnego odwrotu. 

Wstrzymaj jeszcze te chwile, abym czuł twe ciepło

1 twój oddech i oczy wciąż we mnie wpatrzone.


Pozwól gładzić twą skórę gładką niczym jedwab. 

-Te łzy co z oczu twoich płyną,wnet przeminą 

Ta słodycz twoich ust wciąż jeszcze niedojrzała


Już nie rozbudzi ognia dreszczów mego ciała, 

Niebiańską śpiewność twego głosu nie odróżniam. 

 

Czuję jak noc niby dniem-dzień nocą się toczy.





                    OJCA MEGO PAMIĘCI

 RAPSOD



        

 I


 

 Rozkołysane drzewa

 Nad cokołem kaplicy dzwonią

 I nieme ptaki płyną bez skrzydeł.

 Ciało przebiegają dreszcze,

 Pozostała jeszcze nadzieja.


 II


 Zmierzch śpiewa już pieśń ciszy,

 Zamykają się wrota.

 Czy zdążysz jeszcze

 Przez nie przez nie przebrnąć-

 Jesteś wojownikiem,

 Walcz więc do końca.

 Czołgaj się - za Tobą

 Pachną już lilie!

 Zaciśnij jeszcze raz dłonie

 I podążaj ku światu.



 III


 Brzozy już się budzą

 I trzepoczą listkami.

 Ich spękana skóra,

 Dodaje hiobowego wyrazu.

 Nie lękaj się tego,

 To tylko Twoje złudzenia.



 IV



 Dopełnia się już przestrzeń, 

 Dopełnia się już czas,

 Więc ufaj obłokom.

 Czemu nie krzyczysz,

 Dodając jeszcze wiary sobie -

 W mroku i we mgle,

 Która Cię ogarnia,

 A ciemność stoi i czeka.

 Nie poddawaj się jej -

 Nie oddawaj losowi

 Swej pieśni...



 V



 Lecz ciemność już wypełza,

 Przy Tobie czyha znów duszność.

 To tylko chwila -

 Zaraz rozjaśnią się Twe sny.

 Śnij o czynach, których dokonałeś,

 Bo one pozostaną,

 A Ty tak wiele jeszcze

 Zdziałać mogłeś dla nas.

 Czuj zapach ziół,

 Które wiodły Cię

 Przez Twoje życie.



 VI


 Dlaczego jesteś coraz bledszy -

 To przecież czas walki.

 Ty musisz zwyciężyć dla nas

 I części pokoleń, które tak trafnie

 W rozmowach naszych widziałeś.





 VII


 Ptaki wiosną już rozbrzmiewają,

 A Ty zagłębiasz się w ciszę.

 Jesteś jak rycerz -

 Nie zwracasz na to uwagi,

 Nie zawracasz z obranej już drogi!



 VIII


 Jak Ci jeszcze pomóc,

 Choć wszystko już zrobiono!

 Przyjmij te dary,

 Które dało Ci życie

 I czekaj jak bohater wybawienia.-

 Tej miłości do naszej mamy i nas wszystkich

 Jak błękitu w strumieniach

 Nigdy już nie zapomnisz...

 IX



 A jednak to t

en olbrzym z płomienia

 Pokonał Ciebie w walce.

 

 Zmienił Cię w pył -

 

 Tego teraz nikt już nie odgadnie...

 




 - It's time of dying...