Istnieje od 13 lutego 1945 roku


90-508 Łódź, ul. Gdańska 100/102
tel.: +48 (42) 636 68 35
NIP: 727-278-76-21 
 Nr. R-ku: 18 2490 0005 0000 4500 4350 8143


spis treści
Poświęcenie
 

   Przyszło mi poświęcić miłej nauce (i celom dydaktycznym - dodam) moją schorowaną wątrobę, biedną głowę i niemal dobre imię. A jak się stało, opowiem.
Prowadzę jeszcze na łódzkiej uczelni jedno seminarium, na którym ?mimo statusu emeryckiego- pozwolono mi na dokończenie procesu edukacji przyszłych licencjantów. To taka grupka ?spóźnialskich? acz wielce miłych studentów WSHE. Do najmilszych osób należy niewątpliwie dziewczę o imieniu Agnieszka. Ta nasza Agnieszka powinna ukończyć pracę pt .?Pisarze i ich demony. Wątek alkoholizmu w literaturze polskiej?. Wyedukowałem nieźle tę miłą osóbkę, temat ?ustawiliśmy? sobie dość rozsądnie (Hłasko ? autokreacja, Grochowisk ? moralitet, Pilch- terapeutyczne wyznanie). Byłem spokojny, że sobie poradzi i z problematyką i komponowaniem ważnego przecież dla jej dalszych losów ?naukowego dyskursu?. Tak też i było. Fragmenty były obiecujące, terminologia fachowa, interpretacja . Cóż, interpretacja nie zawsze mnie zadowalała, była nieco bezbarwna, zdystansowana wobec tragicznej sytuacji bohaterów (a i pośrednio samych autorów), którzy nurzali się w wodzie ognistej. 
Co się dzieje? - pytałem panią Agnieszkę. I wówczas niewiasta owa przyznała się, że jeszcze nie spróbowała alkoholu i w ogóle w życiu go nie spróbuje. Pochwaliłem taki wybór (a wielce byłem zawstydzony swoimi wyskokami), ale jak tu zrozumieć, że bohater opowieści woli umrzeć, niż przeżywać kolejnego kaca. ?Czy pani wie, co to jest kac? szepnąłem dramatycznie. Agnieszka wyrecytowała formułkę ze Słownika języka polskiego, ale na tym jej wiedza się skończyła. Nie można przecież poznać smaku jabłka nie jedząc jabłek. Zabrałem się przeto do edukowania mojej Agnieszki. 
W celach dydaktycznych umówiliśmy się na konsultację w dość przyzwoitej chojeńskiej piwiarni (mieszkamy w tej samej dzielnicy). Zamówiłem dla dziewczyny soczek i dla siebie soczek czekając, aż pojawi się jakiś delikwent na głodzie. Nie czekałem długo. Zobaczyłem, że chwiejnie wchodzi pan Stasio. Wzrok dziki, suknia plugawa, oblicze pełne rozpaczy ? jednym słowem: chodząca formuła kaca. ?Panie Stasiu, zawołałem, niech pan do nas przyjdzie- ta młoda dziewczyna chciała pana o coś zapytać?. Pan Stasio spojrzał na mnie wilkiem widocznie sądząc, że zająłem się handlem żywym towarem, ostatkiem sił wychrypiał, że już go dziewczęta nie interesują, ale gdyby pan profesor (tak mnie tu nazywają) miał na zbyciu 10 zł... Zawiesił dramatycznie głos. Oczywiście, wysupłałem dziesięć złotych, pan Stasio dostał skrzydeł podbiegł do nas, ale natychmiast (mogłem się tego spodziewać) poszybował w stronę baru, by skonsumować moje zaskórniaki. I po chwili pojawił się ? co za cudowna metamorfoza- zalotny i doświadczony przez życie mężczyzna i zaczął mi regularnie podrywać Agnieszkę. Jakoś go spławiłem i sam postanowiłem się dla nauki poświęcić. 
Wziąłem Okocim i lufkę angielskiej gorzkiej (piorunująca mieszanka), odstawiłem soczek. Wychyliłem jedną, drugą, trzecią porcję. Poczułem się młody i piękny. Zacząłem podrywać panią Agnieszkę. Ale wiedziałem, że niebawem przyjdzie kac straszny, kac dydaktyczny. Z pięknej polszczyzny zrobił się bełkocik, wątroba zaczęła boleć, oczka zaszły mgłą. Przecież nie muszę dalej pisać. I na koniec osiągnąłem cel. Kiedy podniosłem skołowaną starczą głowę, popatrzyłem dzikim i nieprzytomnym wzrokiem, zobaczyłem jakąś dziewczynę obok siebie i z wysiłkiem nieludzkim wykrztusiłem: ?bardzo panią przepraszam, czy my się przypadkiem nie znamy? moja Agnieszka doznała olśnienia. ?Rozumiem!? ?Rozumiem? krzyczała i rzuciła się do wyjścia.
Po tygodniu dostałem pracę do ostatecznej recenzji. Interpretacje były olśniewające, praca na piątkę.
Ja zaś przez trzy kolejne dni miałem kolosalnego kaca. Czegóż się nie robi dla nauki.


 puhen