444

Ciemna, deszczowa noc ochładza rozgrzane do czerwoności szare komórki. Jadę długą, czarną autostradą mijając znaki ostrzegawcze. Lecz nikt nie burzy mostów, nie stawia bram. Co jakiś czas widzę zjazdy zarówno w lewo, jak i w prawo. Jednak nie zamierzam zmieniać kierunku. Moim planem jest dostać się do ciebie, Ty jesteś moim planem.

Droga ku tobie wydaje się być dosyć prosta, szybka, dynamiczna.  Deszcz spada na mnie, ale nie zostawia żadnych śladów. Deszcz, który na mnie spada nie jest mokry. Uczucie zetknięcia się z tą cieczą powoduje lekkie zachwianie kierownicą, tak jakbym popełniał błąd jadąc przed siebie. Otchłań asfaltu pochłania mnie i każe jechać dalej. Tylko coś za prosto to wszystko idzie. Żadnej przeszkody? Żadnych utrudnień? Słyszę dzwony, ty na nich grasz, wołasz mnie do siebie. Więc dodaję gazu i jadę szybciej. Bez namysłu, bez pomyślunku, jadę do ciebie. Osobliwy deszcz runął na mnie jak potop. Wpadłem w poślizg. Wypadłem przez barierkę. Mój samochód jest już nie do naprawy. Leży roztrzaskany. W takim razie, pozostają mi moje własne nogi. Biorę nogi za pas. Biegnę przed siebie, kierunek znam. Idę, zanim złapie mnie świat. Moje ostanie szare komórki podpowiadają, że może czas zmienić kierunek. Ale po co?! Tak daleko zaszedłem. Jaki cel miałaby zmiana kierunku? Natrafiłem na staruszka, który postanowił mnie napoić. Woda, którą mi dał, nie gasiła pragnienia. Była to woda po deszczu. Ziemia była czarna, a jednak kałuże były czyste niczym łza. Gdzie ja jestem? Co to za deszcz? W sumie, dokąd zmierzam? Proste, zmierzam do Ciebie, tyś jesteś moim planem, chcę być blisko Ciebie. Czy to jest warte zachodu? Owszem, gra warta świeczki. Staruszek podążył za mną. O dziwo, dorównywał mi kroku. Spojrzał na moje czarne, rozerwane buty. Podarował mi swoje i dalej szliśmy we dwoje do mojego celu. Całą drogę pił tę osobliwą wodę. Co to jest za czarna magia? Gasi pragnienie wodą, która na mnie nie działa. On szedł dalej, ja opadłem z sił. Wziął mnie na plecy i ruszył dalej, do Mojego upragnionego celu. Za nami pozostawał już tylko jeden ślad, ślad stóp tego staruszka.

Nareszcie dotarliśmy do celu, ale cel wyglądał inaczej. Spodziewałem się złotych bram, pięknego zamku i błyszczącej bieli przymykającej mi oczy. Ujrzałem w krysztale pomyje, ujrzałem najokropniejsze skarby, ujrzałem zimny ogień strachu. Z bram wymaszerował Pan ze śladami krwi na dłoniach i stopach. Oto on! To był mój plan, ten człowiek był moim planem. Spojrzał na drogę, którą pokonałem. Była pełna ludzi podobnych do mnie, ludzi chcących złotych bram i chwały. On zaś szukał mówcy, który zawróci tych podobnych do mnie. Chce by zawrócili samochody na dobrą drogę. I usłyszałem głos Pana mówiącego: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?” Odpowiedziałem: „Oto ja, poślij mnie!”

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *