Alfama

Lekkie, nieco znoszone buciki stukały równomiernie o bruk, kiedy przemierzała starą dzielnicę miasta. Skręcała w kolejną uliczkę, której ciasnota wręcz pachniała gorącem. Smagnięcia zimnego wiatru, przecinające raz po raz nieustępliwą ścianę suchego powietrza, rozsypywały jej kruczoczarne włosy. Promienie słońca wyglądały nieśmiało spomiędzy wąskich szczelin dzielących stare kamienice i swoimi wszędobylskimi parzydełkami przyklejały się do jej ciała. Lecz ona kochała, gdy ją parzyły, kochała, gdy wiatr smagał i gdy nierówny bruk wykręcał jej kostki. Kochała całą Alfamę.

Tutejsze kamienice zastygły skulone ze strachu przed śmiercią i z każdym upalnym dniem pochylały się coraz bardziej ze znużenia, szukając nieraz oparcia w swoich najbliższych sąsiadkach. Rzucane przez nie cienie co prawda nie łagodziły piekącego skwaru, a ich stare zmęczone mury nie zatrzymywały chłodnych podmuchów wiatru. Lecz jak nikt inny rozumiały artystów. Tych zwykłych. Ulicznych. Niespełnionych.

W powietrzu unosił się zapach pomarańczy. Jasne niebo, przez które pędziło kilka bialuśkich chmurek było niczym drugi ocean, przez który co jakiś czas przetaczały się fale. Z każdego zakątka miasta buchało uderzające ciepło, tak uderzające, że aż bolesne. Nie, to nie było to słodkie, matczyne ciepełko, jakie przychodzi na myśl, gdy widzi się schnącą po praniu bieliznę, zawieszoną (prowokacyjnie!, stwierdziłby ktoś, biorąc w płuca swój pierwszy w życiu haust iberyjskiego powietrza) na barierkach balkonów. Tutejsze ziemie bowiem pojono krwią, wszystkie okoliczne wzgórza rosły wsłuchane w trzask pękających kości. Alfama nie zniżyłaby się do troskliwego wzięcia kogoś w ramiona, jakkolwiek dobrze nastrojony by nie był.

Ona kazała się nieść. Iść przed siebie, wsłuchując się w brak warkotu silników. Błądzić w sieci dróg niemal tak gęstej jak sieć zawieszonych między budynkami kolorowych girland. A tym o słabszym ciele po prostu rzucać się ze wzgórza w dół. Żeby coś zmieniać. Cień codzienności przywdziewać na siebie jako czarny szal i pozwolić rozkosznie pieścić swoją duszę bezkresnemu cierpieniu. Wśród ścisku i duchoty, w oparach dymu i ze smakiem spokoju w ustach słuchać tych śpiewów, jęków i skarg, i płakać, i świętować, i dać się porwać, o, Maria!

I nagle – jakby czerwona kropla skapnęła na czarny materiał. Coś zaczyna powiewać w oddali. Coś tajemniczego, coś niewłaściwego, pociągającego i egzotycznego. Coś obcego, wschodniego, tradycyjnego i nietutejszego. Wszyscy tego chcą  i wszyscy tego pragną, i gdy się kończy, to dla każdego z osobna inaczej. Lecz kto by myślał o końcu, gdy gna go rytm odległego oceanu?

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *