Artysta

Proszę państwa — oto wirtuoz. Spójrzcie tylko jak jego smukłe dłonie tańczą lekko po klawiszach fortepianu. Palce tak płynnie skaczą po nich aż zdają się ledwie je muskać! A widziałem, jak jeszcze przed rozpoczęciem gry pogłaskał delikatnie swój doskonały instrument — cóż za więź musi łączyć tego artystę z jego narzędziem! Oddajmy cześć tej więzi, to w końcu jej dziełem teraz się delektujemy: tą nieśmiertelną odą do młodości, tą kołysanką znękanych dusz. Proszę sobie wyobrazić umysł zdolny połączyć dźwięki w tym konkretnym układzie, który teraz słyszymy — niesamowity. Dałbym sobie rękę uciąć, że człowiek grający tak pięknie urodą co najmniej dorównuje swojej muzyce…

I tak oto straciłbym kończynę. Bo proszę tylko spojrzeć na to paskudztwo; takiego okazu nie powstydziłby się żaden kolekcjoner osobliwości. Zerknijmy na jego oczy — te dwa przekrwione paciorki, otulone ciemnymi worami powiek. Niejedną stronę nut te oczy przeczytały, a ileż łez musiały przy tym uronić. Może myśląc o beznadziejności tych wszystkich ukrytych „w szufladzie” dzieł, brzydkich kaczątek, z których osobnik nie ma siły zrobić łabędzi na miarę jego imienia? A może, hipotetycznie, nawet takie żałosne stworzenie jak on ma zdolność wzruszania się pięknem sztuki? To nie do pomyślenia!

Niewyobrażalna jest bladość jego skóry. Proszę się przyjrzeć — pod tym szarym pergaminem można dostrzec wszystkie żyły. Człowiek ten jest więźniem swoich czterech ścian i jak widać dawno nie wyściubił za nie nosa. Jest przykuty do swojego instrumentu: gdy tylko utwór dobiega końca, fortepian jakby ciągnie jego ciało w dół, burząc jego idealną postawę. Karykaturalna krzywizna — mógłbym tu i teraz policzyć wszystkie kręgi tego koślawego kręgosłupa. Tej wady postury już nic wyleczy… A do tego jeszcze ten skromny rozmiar — świadek wielu nieprzespanych nocy z lat wczesnej młodości. Z czasów, kiedy pasja jeszcze płonęła w tej chudej klatce piersiowej.

Wtedy jeszcze płonęła. Bo, nie da się ukryć, teraz temu osobnikowi zapału jakby… brak. Przez ostatnich parę dni siedzi tu bezczynnie. Już miesiącami towarzyszy mu absolutny brak pomysłu. Nie pamięta, kiedy ostatnia nowa melodia zawitała w jego głowie. Od lat nie ukończył ani minuty utworu. Co tu w ogóle mówić o symfonii… Dopiero co przespał pół życia. Porażka, drodzy państwo. Okaz ten jest zbyt ambitny, a i zbyt lękający się niepowodzenia. Próba jest wyzwaniem, którego to zajęcze serce nie jest w stanie podjąć.

Ponadto — za dużo myśli, przekopuje wręcz swój umysł. Jeszcze chwila a wykopie sobie grób — widać nasz artysta minął się z powołaniem. Więcej czasu poświęca podając w wątpliwość każde odnalezione przy tym resztki motywacji niż powinien spędzać na korzystaniu z nich. Jest fatalnie rozdarty. Gdyby mógł mówić i tak nie byłby w stanie powiedzieć państwu, ile razy w ciągu ostatnich lat w jego głowie pojawiła się myśl, że być może… po prostu brak mu talentu. Wiele energii kosztują go codzienne rozważania nad tym problemem. Aż żałość chwyta za serce… Po takim czasie powinien wreszcie podjąć jakąś decyzję.

Ten darmozjad, nierób, leń. Tchórz, histeryk. Beztalencie. Nie starczy mi palców u dłoni by zliczyć kolejne obelgi cisnące mi się na usta.

Zaraz… Proszę państwa, osobnik chyba zamierza się odezwać!

— Skończ. Mam ochotę uderzyć cię w sam środek twarzy.

Słyszeli państwo tę groźbę? Co za potwór!

— Na twoje szczęście za bardzo cenię sobie swoje dłonie. Wolę nie roztrzaskiwać nimi lustra.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *