Caroline

Najpiękniejszym odgłosem życia jest cisza. Chociaż nie brzmi, choć jest niema, to ona krzyczy najgłośniej. To właśnie ten jej pozorny spokój wybrzmiewa w moim sercu najmocniej, jakby chciał walczyć ze swoją własną niemocą gdzieś wewnątrz mnie. To głuchość gości w moich piersiach i odbiera mi zafascynowany tą dziwną dźwięcznością oddech. Milczenie dźwięków wypełnia mój umysł łaknący martwoty całkowicie szczerze. 

By wyłapać tę najdostojniejszą nutę we wszechświecie muszę usiąść na gołej podłodze i poczuć jej przeszywające zimno. Muszę pozwolić opaść udręczonym wysiłkiem powiekom. Muszę zgodzić się, by usta złapały ostatni urywany wdech, choć wiem, że będą tak czekać na kolejną porcję powietrza uchylone, drgając w amoku. Muszę przyzwolić zmęczonym mnogością melodii uszom wsłuchać się w niespotykaną harmonię. 

Dopiero wtedy słyszę, jak brzmią struny ciszy, której tak bardzo pragnę, żyjąc wśród dręczących dźwięków, które już gubią się w moim umyśle. Odtwarzające wciąż te same melodie tony mieszają myśli w mojej głowie, od kiedy tylko sięgnę pamięcią. Wszystkie barwy, wszystkie odcienie muzycznych głosów wydają mi się już fałszywe, gdy tak przysłuchuję się podobnym do siebie nutom. Wszystkie one kłamią, bo nie są idealne. Daleko jest im do harmonii, którą posiada cisza. Dlatego właśnie tak jej łaknę – ona jedna nie jest kłamliwa, nie mąci wspomnień i nie zapętla idei. Cisza jest jedynie ciszą, nie stoi za nią nawet człowiek, bo tylko nią nie jest w stanie manipulować żaden z nas.

Tak mi się przynajmniej zdawało, póki nie dostrzegłam starań kogoś, kto chciał zwalczyć ją najróżniejszymi dźwiękami. Kogoś, kto pragnął zagłuszyć ją gdzieś wewnątrz mnie. Chociaż tak bardzo liczył, że uda mu się zakryć ją kłamliwością muzyki, mój organizm wciąż chwyta się jej rozpaczliwie, nawet po dziś dzień. Człowiek ten walczył z tym nieugiętym spokojem, najczęściej wygrywając tę walkę. Długo miał nawet wrażenie, że to on złamał ciszę, a nie ona niego. Chociaż wyglądał niepozornie i rozkoszował się milczeniem, z którym tak prężnie walczył, zwyciężał w większości nierównych bitew. Te same potyczki przegrywała wtedy prawdomówność uciekająca od swojego cherlawego oprawcy.

Mimo tych dramatycznych wspomnień widzę tę walkę dopiero dzisiaj, jakby dotąd wcale nie istniała. Wcześniej przecież cisza wydawała mi się złudna, o wiele zbyt cicha, by mogła zaoferować mi prawdę. Słyszałam jedynie dźwięki wychodzące spod jego rąk, idealnie rozplanowane, idealnie przedstawione i opakowane niczym najwspanialszy prezent, który dostawałam dzień w dzień. Kiedyś moje oczy błyszczały na zaledwie najcichsze akordy, które okazały się teraz skrupulatnie zaplanowanymi dysonansami. Niegdyś sądziłam, że wsłuchiwał się w te same gamy co ja, to właśnie dlatego miał milknąć zamyślony. Teraz już wiem, że milczenie było jedynie chwilą na zaplanowanie kolejnych surrealistycznych historii. Ale jeszcze wtedy tego nie podejrzewałam, wpatrując się w tę pozornie łagodną twarz rozpromienioną spokojem, ku mojemu zaskoczeniu – urojonym. Jego oczy patrzyły się na mnie z wielką ckliwością, gdy niemal fruwałam w powietrzu niesiona przez jego melodie. Teraz jednak przyszedł czas przedstawienia historii tego człowieka wedle ciszy, nie muzyki…

Cała opowieść zaczyna się od barwnych ścian mojego dziecięcego pokoju. Na białej powierzchni figlarnie latały ciemne ptaki wymalowane tam najpewniej rękami samego artysty. Chociaż dziś wydają się być czarnymi ptaszyskami czającymi się na każdym kroku tej ciemnej sypialni, wtedy nie fascynowała mnie ich radosna wolność, możliwość poderwania się do lotu oraz ich piękne dzioby uniesione w górę z zamiarem śpiewu. Witały mnie tak co ranek swoim niemym śpiewem, któremu przypisywałam niezliczone tony rozbrzmiewające już nie tylko w moim domu, ale i w mojej głowie.

Cały pokój huczał mnogością barw i dźwięków, kiedy z lekkością witałam dzień, wyszukując nowej melodii, która już brzmiała z mocą w plątaninie rozległych korytarzy. Ta sama muzyka miała towarzyszyć mi aż do wieczora, a ja miałam uśmiechać się na każdą wariację muzyka, który przecież nie był ważny w tym utworze, liczyły się przecież tylko tony – te wysokie i radosne, ale i te smutne, wprowadzające zadumę. Dlatego każdego dnia oglądałam pomieszczenia domu z zupełnie innym błyskiem w oczach, jakby i one dopasowywały się do nastroju anonimowego artysty. Czasami moje kroki wybijały spokojny rytm, a ja prostowałam sztywno dziecięce nogi. Innym razem ciało chciało porwać mnie ku wysokim sufitom, choć z moich ust nie uciekały nigdy żadne słowa, czasami nawet szepty mogły zagłuszać nieśmiałe nuty. Mimo to nie zrażała mnie ta cisza roztaczana przez to smutne domostwo pogrążone w różnorodnych brzmieniach.

Nie miałam powodu do krzyku, gdy codziennie rano czekała na mnie kolejna piękna sukieneczka. Delikatne materiały, fikuśne tiule i dziewczęce kolory odbijały się na bladej twarzyczce dziecka, którą często widywałam w ogromnym zwierciadle. Samo lustro nie chciało przyjmować też łez, bo nie było impulsów do łkania, gdy dzielnie wiązałam troczki wokół moich wyćwiczonych łydek niezdradzających w ogóle delikatności małej dziewczynki. Zdaje się, że brakowało mi wtedy myśli, które spowodowałyby wtedy drżenie rąk. Dłonie miałam zresztą zajęte zaplataniem warkoczyków i układaniem idealnie okrągłych koczków. Wszystko musiało być przecież bez skazy. Tak miałam się prezentować, gdy moje stopy, chronione jedynie przez różową satynę, przekraczały granicę melodyjnego świata – krainy dźwięków, tańca, pięknych wnętrz i wspaniałego towarzystwa.

A rzeczywistość ta mieściła się w sali, której wnętrze wyryło się w mojej pamięci niczym jedne z ciekawszych krajobrazów. Zaczarowany obraz jaskrawej bieli, luster i silnych świateł – te elementy tworzą niemal całe dzieciństwo, przynajmniej to ze wspomnień. A źródło tych retrospekcji znajdowało się na parterze dwupiętrowego domku położonego gdzieś z dala od zgiełku miasta, od hałasu ludzkości. To tam dane mi było spędzać każdą wolną chwilę w tym dziwnym domu. To w to miejsce przechodziłam zawsze niezwykle zafascynowana swoim przywiązaniem do czterech pustych ścian. 

Może powinnam przeprosić za niedokładność, bo na jednej z nich mieścił się przedmiot, który choć w każdym innym domu oznaczałby symbol prawdziwości, w tym był jeszcze silniejszą oznaką fałszywości niż złudna melodia zauroczona jego płaską powierzchnią. W tej samej głębi lustrzanej tafli zanurzałam się i ja, podążając za krokiem tak samo ślepych nut, które ktoś ustawiał władczo przede mną. I choć pewnie chciałam wpaść w objęcia tego zwierciadła, nie wpadałam tam, trzymając się jedynie usilnie parkietu, z którym zmuszona byłam pracować całymi dniami. To lustro, te melodie, ten parkiet i te różowe, zdewastowane baletki były moimi jedynymi przyjaciółmi, których nieświadomie pragnęłam z braku wyboru, który nie został mi dany do ostatnich chwil.

Nie było go, gdy wkraczałam z uniesioną głową na środek sali i oglądałam swoje chude do granic możliwości ciało, próbując zebrać rozedrgane przez ckliwą lub niespodziewanie radosną muzykę myśli. To wszystko zależne było od dnia, choć schemat był zawsze taki sam: patrzyłam się w lustro i czekałam na coś, co dzisiaj złośliwie nazwać mogę audiencją. To właśnie w takich chwilach przed zdradliwie prostą taflą pojawiał się ktoś jeszcze. Daleko tej osobie jednak było do człowieka, gdy tak stawał za mną i poprawiał mą i tak zadbaną postawę. Jego oczy nie ukazywały choć cząsteczki życia, która zapewne już od dawna nie kryła się w jego wnętrzu. Był tak samo szary jak tęczówki, którymi posyłał mi twarde spojrzenia w tym ogromnym zwierciadle. Nie mówił nic, bo jego słowami była muzyka, którą otaczał mnie ze wszystkich stron. 

Kiedy jego wzrok ocenił najmniejszy element dziewczynki stojącej przed nim, wreszcie kiwał z uznaniem głową i odsuwał się w kąt pomieszczenia, tego samego, które teraz uznaję za moje własne więzienie. Jednak wtedy było tylko salą wypełnioną dźwiękami, w której moje myśli pochłaniały moje własne ruchy. On stał i patrzył, gdy moje chudziutkie nóżki i rączki podnosiły się z wręcz wyćwiczona gracją do góry, a potem znów w dół, w bok i z powrotem. Unosiły się i opadały tak nieskończoną ilość razy dziennie, jakby nie były przystosowane do odpoczynku. Potem jednak odstępowały miejsca piruetom, skokom i pozornie nieopatrznym, niezaplanowanym ukłonom. Nawet najmniejsze błędy były zauważalne dla tych wyblakłych oczu, choć nigdy nie płynęły z wąskich ust żadne wskazówki, nie słychać było nawet wołań o powtórki danej pozy. Były jedynie gesty, bo muzyka nie mogła zostać zagłuszona przez nic niewartą mowę, jak twierdził mężczyzna, który chłonął każdy mój ruch.

Poprawek, zdaje się, nie było końca, tak samo jak powtórek. Wszystko musiało być przypilnowane. Aż do czasu występu, kiedy to mój codzienny strój zmieniał się w coś zupełnie nowego, zaskakującego. Wtedy też sala nie świeciła pustkami, nie ziała już też chłodem wszechobecnej bieli. Wtedy pojawiali się w niej prawdziwi ludzie, których lica odbijały się w lustrze zupełnie prawdziwie. Ich twarze nie były przezroczyste, jak te stałych mieszkańców tego domu. Były pokryte kolorami równie wyrazistymi co ich piękne kreacje, które z trudem nie rozpraszały mnie w trakcie wykonywania przed tą widownią piruetów. Tak bardzo zaciekawiona zerkałam po występach na te niesamowite barwy publiczności. Wciąż jednak ufna byłam wobec muzyki, która rozbrzmiewała w moich uszach, jak co dnia. Równie spokojna zerkałam na tę bladą twarz bez wyrazu, która dopiero w takie dni nieco jaśniała, a z tych spierzchniętych ust wydobywały się ciche słowa, które dotąd tonęły w mnogości melodii.

Jednak i ten spokojny czas ufności mimo swojej siły okazał się być nietrwały. Tak samo kruche okazało się to zwierciadło, któremu kłaniałam się na powitanie co dnia. Tego jednego niefortunnego roku dziwiłam się ilości występów, które odbywały się coraz częściej na tej dziwnej sali. Byłam wtedy już na tyle duża, by takie elementy przebijały się wyraziście przez tę makabryczną muzykę, która powoli zaczynała się zapętlać i powtarzać. Coraz częściej widywałam nowe barwy, uśmiechały się do mnie zupełnie nowe twarze, a rozmowy coraz bardziej mnie pochłaniały. Zgłębiałam ten zewnętrzny świat przybywający do mojej osobistej celi, która powoli zaczynała wydawać mi się zbyt mała. Ta klatka jednak wciąż mnie ściskała, a ja – niczym ptak z mojej sypialni – chciałam spróbować polecieć w nieznane. 

By tego dokonać, musiałam robić jeszcze więcej powtórek, wprowadzać jeszcze więcej poprawek, a poziom rósł wraz ze mną. Moje kształty powoli przestawały być dziecięce, a moje spojrzenie, które widywałam na próbach, wyostrzało się nieubłaganie. Obracałam się o wiele szybciej, a moje nogi prostowały się o wiele sprawniej. Treningom nie było więc końca, poświęcałam im całą swoją uwagę z nadzieją na ponowne zobaczenie mojej wspaniałej widowni, która przynosiła mi posmak wolności.

Ten stan nie mógł trwać wiecznie mimo moich najszczerszych pragnień. Chęci jednak zaowocowały czymś, czego nie mogłam się spodziewać. Pewnego dnia byłam bardziej zamyślona niż zwykle. Zaledwie dwa dni wcześniej był występ, który wciąż żył w mojej głowie, odsuwając na bok muzykę. Nuty zagubiły się gdzieś w tańcu, lecz ja wciąż tańczyłam, nie zważając na rażące pomyłki. Odtwarzałam tak w pamięci czerwień sukienek, róż na policzkach przybyłych dam i czerń garniturów gości. Musiałam przeoczyć nerwowe gesty mężczyzny czekającego w kącie, on nie miał z kolei więcej cierpliwości. Wykrzyknął moje imię, zagłuszając monotonną melodię. Wyrwałam się z zamyślenia, lecz było już za późno. Dźwięk mojego imienia, które słyszałam tak rzadko z jego ust, rozproszył umysł, a bez niego ciało pogubiło się w ruchach.

Potem nastąpił już tylko ból. Diabelskie uczucie przeszywające całą nogę dotarło do mnie dopiero po chwili. W tamtej chwili krzyknęłam po raz pierwszy świadomie. Czułam jakby mój własny mięsień szarpnął mną. Moje gardło ścisnęło się wtedy zaskoczone. Oczy zaszły mgłą. Łkałam. Błagam o pomoc. Prosiłam o koniec tych mąk. Jednak nic nie pomagało. Ulga przyszła jedynie po wielu tygodniach. Ten dzień przypłaciłam jednak końcem występów, końcem treningów, końcem dawnej rutyny. Wtedy przeklinałam. Nawet mimo tego, że dotychczas chciałam się wydostać z tej białej sali. Ale zamieniłam ją wtedy na szpitalne, równie lodowate sale. Potem na swój dziecięcy pokój. 

Nigdy więcej nie trafiłam z powrotem do tej sali. Wiem tylko, że rozdzierający pisk, który wyrwał się z mojego gardła, złamał tamtą iluzję. Wyobrażenie prostoty i czystości pękło na tysiące kawałków. Zupełnie tak samo rozpadło się to rozległe lustro, które zniszczył ten mężczyzna z kąta. Moje zamyślenie zniszczyło nie tylko mój świat, ale i jego kłamstwo. Zniszczyło muzykę. Ta zamilkła w tym domu na zawsze wraz z moim ciałem, które zamarło w bezruchu. A on zgasł już całkowicie, na zawsze. 

Tym samym pokonałam tę bajkę karmioną dźwiękami. Dzięki temu zobaczyłam smutną rzeczywistość tych kilku pustych ścian i paru zakurzonych parkietów. Moja rola w tym istnym muzeum muzyki skończyła się wraz z tamtym dniem. Nie miałam tam już przeznaczenia, więc jego baczne oko przestało spoglądać na moje ciało. Uznał je chyba za popsute, za niewarte uwagi, skamieniałe. Przestało być już jedynie drewnianą marionetką w jego rękach. Nagle jedna z moich kończyn spróchniała niespodziewanie. Mógł jedynie odciąć sznurki, którymi był w stanie kontrolować moje ruchy. Nie były mu potrzebne, skoro jego zabawka nagle się popsuła, przestała go bawić, a co ważniejsze – przestała tańczyć według jego rozkazu.

Wraz z tym wydarzeniem, moje myśli mogły odnaleźć się w umyśle. Muzyka bowiem więcej nie pojawiła się na korytarzach. Rozbrzmiewała tylko czasem stłumiona przez grube drzwi tej starej sali. A potem nie grała już w ogóle, bo pewnego dnia zamknęłam za sobą drzwi tego domu, uprzednio spoglądawszy na jego zobojętniałe oczy. Nie wiem, czy kiedykolwiek szukał swojej dawnej marionetki, którą byłam w jego kłamliwym królestwie dźwięków. Nie sądzę, by zauważył prędko moje zniknięcie. 

Szłam długo, by odnaleźć swoje prawdziwe miejsce. Miotałam się między różnymi scenariuszami życia, błądząc po omacku. Bałam się wielu rzeczy, choć wielu spróbowałam. Pewnego dnia już nawet udało mi się zapomnieć o muzyce, mimo że czasami powracała do mnie w barach i domach nowo poznanych przyjaciół. Te melodie wydawały się jednak prawdziwe dzięki swej przypadkowości, jakby pierwszy raz w życiu nikt nimi nie manipulował. Słuchałam więc ich z radością, ale parłam też do przodu, by znaleźć swój cichy zakątek, gdzie mogłabym usiąść na zimnej podłodze, zamknąć oczy i wsłuchać się w najpiękniejszy dźwięk tego świata – ciszę. 

Taka jest moja historia, która zagubiła się już dawno w nutach tamtej dawnej muzyki, która nawiedza mnie w snach już coraz rzadziej. Żyję w upragnionym spokoju, nie wspominając już nawet tych wyblakłych oczu i tamtej cholernej bajeczki, która była moją rzeczywistością. Przeszłość powraca już tylko w moim imieniu, które pozostało niezmienione w porównaniu do reszty. Czasami tylko odwracam się niespokojnie, gdy usłyszę pełen emocji krzyk “Caroline”, który przypomina mi jego zdesperowane wołania zagłuszane przez mój rozdzierający szloch rozbrzmiewający tamtego dnia w sali z lustrem. 

Teraz jednak wygrywa cisza, a ja pragnę pozostać pod jej urokiem…

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *