Cud narodzin

Cud narodzin. Dzień, w którym mogę wziąć małą kruszynkę na ręce i poprzytulać ją do siebie. Pomyśleć, jak to w ogóle możliwe, że istnieje, żyje, będzie dorastać. Może będzie strażakiem, może filozofem, może podbije świat. Niesamowita i niezapomniana chwila w moim życiu.

Wpatrywałem się w jego niebieskie ślepia, zastanawiając się o czym myśli i czy
w ogóle myśli. Czy jest szczęśliwy? Czy wie, że żyje? Czy już teraz wie kim będzie? Czy już planuje jaką obrać drogę? A może to wszystko dzieje się samo?

– Czyli Ambroży? – dopytywała się pielęgniarka, uzupełniając dokumenty.

– Tak. – Do głowy wróciło mi kolejne wspaniałe wspomnienie, kiedy z żoną nie mogliśmy się zdecydować aż w końcu otworzyliśmy starą, grubą książkę ze znaczeniem imion po mojej prababci i wylosowaliśmy wspólnie imię.

Chłopczyk rozwijał się poprawnie. Wyjątkowe chwile jego pierwszych spacerów, pierwszej spróbowanej papki z marchewki zamiast mleka, pierwszych stawianych niepewnie kroków, wynagradzały nieprzespane noce i zmęczenie. Siadałem czasem na kanapie i zamiast czytać gazetę zapatrywałem się na niego, turlającego się po dywanie. Dzielnie pełznął po zabawkę, ciekawy świata, a ja widziałem w nim siebie. Chciałbym przypomnieć sobie co wówczas siedziało mi w głowie, ale byłem za stary. Nie mogłem sobie przypomnieć.
Na szczęście brzdąc odświeżał mi co jakiś czas pamięć.

– Tato? A masz może pompkę do powiększania przedmiotów? – Przybiegł do mnie pełen przejęcia pewnego dnia.

– Niestety nie, synku.

– Nie kłam, tato. Bawiłem się nią kiedyś. – Nie mogąc sobie przypomnieć, o co mu chodzi, wręczyłem mu pompkę do balonów i balon. Jak wszyscy wiecie, balon pod wpływem powietrza zwiększył swoją objętość, ale mina syna była nieziemska.

– Tato? A dlaczego jeździmy samochodami zamiast latać. Przecież dużo szybciej jest latać. Tato? A dlaczego mama kupuje gotowe produkty w sklepie zamiast mieszać różne proszki i kolorowe szkiełka? Tato, spójrz! To małpa!

– Odłóż moje pióro, proszę cię. – Odpowiedziałem, widząc kleksy, które mój syn robił moim najdroższym piórem.

Im byłem starszy, tym mniej cierpliwy. Ciekawe pytania Ambrożego irytowały mnie
i nudziły. Wolałbym, żeby nauczył się czytać albo skupił się na zadaniach z arytmetyki. Nie wiedziałem, że zmuszając go do szkolnej nauki zabiłem to, co było w nim najpiękniejsze. Ambroży rósł jak na drożdżach i zauważyłem, że role się odwróciły i to teraz on opiekował się mną.

– Od kiedy lubisz krupnik i marchewkę? – Spytałem pewnego razu, kiedy zaprosił mnie na obiad do swojego domu.

Nie odpowiedział mi tylko wzruszył ramionami i westchnął.

Mój syn został lekarzem tak jak mnóstwo innych zdolnych dzieci, lecz teraz nie cieszyłem się tak bardzo jak wtedy, gdy zachęcałem go do tych studiów. Wolałem jak był taki ciekawski i marzył o szpaku, którego nosiłby w kieszeni płaszcza. Wolałem jak był opiekuńczy dla wszystkich zwierzątek na ziemi i dla innych dzieci. Wolałem go, gdy kończyłem czytać jedną bajkę na dobranoc, a on prosił o kolejną, a później o jeszcze następną. Kiedy zepsuł się mikser w domu, powtarzał że on ma uczucia
i za często go używaliśmy, przez co jest bardzo zmęczony.  Dbał o cały świat z większym szacunkiem niż o samego siebie. Ale teraz jakby niknął w oczach.

Dopiero na łożu śmierci dotarło do mnie, że wszystko co najwspanialsze w dzieciach, czyli wyobraźnia i marzenia, to coś na co nie stać dorosłych. Jestem też przekonany, że każde dziecko, które mogłoby marzyć i które nie straciłoby swojej wyobraźni sprawiłoby, że świat byłby piękniejszym miejscem.

Tekst został napisany pod Lubuski Konkurs Literacki ,,Witajcie w naszej bajce” i zdobył wyróżnienie.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *