Czas goni

Jest jedna taka noc w roku, kiedy większość trzyma się na nogach aż do rana. W tę noc można ulec zaproszeniom nawet najsłabiej znanych znajomych na nawet najmniej rozrywkowe imprezy. On lubił wszelkie zaproszenia, nawet te wynikające wyłącznie z poczucia konieczności — cenił sobie takie drobne akty pobłażliwości kierowane w jego stronę. W końcu był tylko człowiekiem z ubocza. Całe życie gonił za ludźmi: za przyjaźniami z dzieciństwa, za odrzuconymi niegdyś propozycjami, za niespełnionymi miłościami. Perspektywa znalezienia się w tłumie pozwalała mu liczyć na możliwość poznania i bycia poznanym przez innych, zauważania i zostania zauważonym — nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że tej szansy nie umie wykorzystać.

Nawet jeśli wiedział, że tej nocy, jak i każdej innej, przez ani jedną chwilę nie będzie się dobrze bawił — bo nie minie dużo czasu, a i tak skończy jak kończył zazwyczaj: w samotności. Nie ślepnąc już od światła reflektorów, nie czując przypadkowego dotyku cudzych ciał, drgających rytmicznie w huk elektronicznej muzyki, której on też już nie będzie słyszał. Ciemność spłynie na jego powieki i, gęsta jak smoła, spowije ciasno, krępując ruchy, zatykając uszy…

Po omacku znalazł zamek i przekręcił w nim klucz. zanim drzwi do mieszkania zdążyły się na dobre rozewrzeć, on już wślizgnął się do środka i zatrzasnął je z powrotem. Nie martwił się o ciemność — znał swoją kawalerkę jak kieszeń ulubionych spodni. Też trochę taką kieszenią dla niego była: malutka, rzeczy było w niej niewiele, idealna żeby przeżyć przynajmniej w ułamku tak wygodnie, jak wygodnie żyło mu się przez ostatnie kilkanaście lat w rodzinnym domu. Sam był człowiekiem rozmiaru kieszonkowego: akurat do zniesienia dla innych ludzi, nikomu nie ciążył. Nie wystawał dziwacznie z kieszeni, w którą go schowano, nie prowokując niewygodnych pytań.

Człowiek nie rodzi się takim małym — on też w tej formie na świat nie przyszedł. Wiele poświęcił, by zdusić się jeszcze w fazie rozwoju: spuścić głowę, przygarbić się, podkulić kolana pod brodę… A teraz, jak miał teraz biec za innymi? Każdy krok był bólem nie do zniesienia przez jego niedorozwinięte nogi; ze wzrokiem wbitym ciągle w ziemię właściwie szedł na ślepo. Marzył o spojrzeniu na świat z góry — tylko jak wznieść się ku niebu, kiedy jego skrzydła zostały podcięte już za młodu, pozostawiając tylko dwa ostre kikuty sterczące z pleców?

Podszedł do okna i odsłonił roletę. Musiał aż zmrużyć oczy; ta noc była jasna. W jej blasku ukazała mu się panorama miasta. Tej nocy po raz pierwszy zobaczył, że coś dzieje się tam na dole, u podnóży bloku. U jego stóp migały miliony świateł, blednące powoli im dalej w głąb sieci ulic i znikające całkowicie tuż pod lśniącym horyzontem. Gdyby nie wiedział, że jest to rzeczywiście miasto, mógłby równie dobrze pomylić ten widok z nekropolią — skąpaną w kolorowym blasku zniczy w dzień zmarłych. Choć od tego święta minęły już dwa miesiące i niekoniecznie był to dobry moment, by je wspominać, to podobieństwo wydało mu się nieprzypadkowe.

Było coś martwego w scenach z ostatnich godzin. Martwe spojrzenia spływające w jego stronę ze znanych mu twarzy. Półżywe uśmiechy wykrzywiające usta nietrzeźwych i niewyspanych ludzi. Pustka, którą można by ciąć nożem. Grobowe milczenie. Ciemność — i te złowrogie światła… Zapalone w żałobie po kolejnym roku, który właśnie odchodził do przeszłości. Czas minął, jemu pozostawiwszy tylko wrażenie wielu zmarnowanych szans.

Iskry sypały się z wybuchających fajerwerków, zlatywały na ziemię jak jaśniejący aniołowie, w których szeregi on nigdy nie wstąpi. Przybyli zabrać ze sobą na tamten świat cały ubiegłoroczny dorobek ludzkich żyć. W ich oddechu czuć było śmierć, gdy prowokacyjnie szeptali mu nad uchem:

— Spóźniłeś się.

Marzył, żeby dla odmiany kiedyś przyszli po niego.

Podobne opowiadania

Noc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *