Człowiek czy bestia?

Prastary, leśny Trakt prowadził między wysokimi dębami i białymi jak śnieg brzozami. Wszędzie było widać rozmaite gatunki drzew, grzybów, krzewów i kwiatów. Ale ten trakt wydawał się inny. Inny od wszystkich mi znanych. Wydawał się magiczny, a zarazem niemagiczny. Aura z niego bijąca potrafiła wytworzyć mrowienie przechodzące przez całe plecy, zmierzające do ud, przez łydki kończąc się na stopach.

Lecz także i Ja pozostawałem niecałkowicie prostym do odczytania. Ten fragment lasu odzwierciedlał Mnie. Wszakże zawsze byłem nieco osobliwy. Zawieszony między Schematycznością a Niezwykłością. Zbyt magiczny dla Przeciętności i zbyt prozaiczny dla Wyjątkowości. Niczym las otaczający mnie tamtego dnia. Pełen sprzeczności, zalewający nimi otoczenie. Zalewający nimi Mnie, nieokreślonego Mnie.

 Każdy krok odbijał się tam echem. Las był niczym lustro, niczym sobowtór. Mój nerwowy oddech ugrzązł gdzieś między setkami paproci. Gęstwina odtworzyła go jako podmuch zimnego wiatru. Zdawało mi się, że poczułem papierowe liście paprotek na swoim policzku. Zielone ramiona musnęły moją twarz, choć moje nogi wciąż usilnie trzymały się ścieżki, daleko od polany. Mój fałszywy ruch zaowocował nie tylko złamaniem gałęzi – gdzieś dalej najprawdopodobniej obaliło się drzewo. Przełknąłem ślinę, ale w ustach wciąż czułem drewniany posmak. Przypadkowo przygryzłem wargę. Leśny Sobowtór zmoczył ziemię deszczem w zagajniku nieopodal. Wtem wyczułem coś wilgotnego na policzku. Zatrzymałem się, a lekkie drganie liści na wietrze ustało. 

Las ożył. Lecz wciąż pozostawał przypadkowym zlepkiem zgniłej zieleni. Wciąż był zaledwie widokiem. Ten Trakt był jedynie Bezruchem Natury. Jednak we Mnie odzyskał on pierwiastek życia. Trakt wszedł we Mnie. Czułem go wszędzie w swoim ciele. Mrowienie nie odpuszczało, jakby kolejne litry Lasu wlewały się do mojego organizmu. Zimno hulające między trzęsącymi się brzozami oblało moją klatkę piersiową. Deszcz wylał się falami z moich oczu, powodując potok łez. Wargi skleiły się lepką żywicą, a gardło zapiekło pod wpływem nieznanych mi wcześniej smaków. Nawet paznokcie pokryły się barwą zaczerpniętą z pobliskich niezapominajek.

Ten Trakt… Odrodził się we Mnie? Okazał się być Mną? A może skorzystał ze Mnie? Niczym Pasożyt zagnieżdżony w moim sercu. Las wyparł ze Mnie nieokreślonego Mnie. Wypełnił pustkę Mnie. Lecz czym było to zagadkowe “Mnie”? Czy moja Bezkształtność podlegała przynajmniej jakiejkolwiek dyskusji? Czy przypominałem coś więcej prócz naczynia dla zgniłej zieleni wokół mnie? Pasywna magia od zawsze była zbyt zwykła dla Niezwykłości, a zbyt niezwykła dla Zwykłości. Kim więc wtedy byłem? Człowiekiem czy bestią? Istotą bez dna, bez imienia, bez tożsamości? Kim?!

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *