Gitara, podejście 1402

W Przeraźliwie zimnym pokoju, w którym zamiast drzwi wisi biały koc, a okno jest cały czas otwarte na oścież, siedzę Ja. Siedzę i patrzę w jasne, nocne niebo. W ręku trzymam starą, rodzinną gitarę z przetartymi progami, gdy światło księżyca oświetla struny w okolicy pudła rezonansowego. Moje palce ze zdartą skórą przy opuszkach, od katowania ich slajdami po basowych strunach, grają nieczyste D dur w najpiękniejszym utworze z lat siedemdziesiątych, „Schodach do nieba”.

Przestałem już liczyć ile to razy coś mi nie wyszło i wszystko zaczynałem od nowa. A to power cord nie brzmi, a to na glisie nie docisnąłem struny itd. Itd. Wiem, że cały dom dawno już śpi, ale ja muszę grać. Muszę grać na gitarze, ponieważ właśnie to pozwala mi znaleźć inspiracje do napisania tekstu na zajęcia literackie. Jest wtorek, a ja go jeszcze nie mam, zostało mało czasu. Nie mogę zawieść Pani Profesor, czy Olka, którzy zawsze mają tekst. Julka zapewne napisze jakąś piękną metaforę, czy zbitkę wyrazów w swoim tekście, gdy Zuzia opisze nam cudowne miejsce, zaraz po tekście Jowity, w którym mały demon kogoś zabije ( o ile nie zabije Mnie).

Wybiła północ, gdy księżyc zaświecił jaśniej. Uśmiechnął się do mnie, mrugnął okiem. Już nie raz zdarzyło mi się z nim rozmawiać. Pewnego razu nawet napisałem o tym wiersz, ale nikt Mi nie uwierzył. Dzisiaj to On czuł się samotny. Nie dziwię się mu! Jakby miał wokół siebie same „gwiazdy”, a nie skromne dziewczyny to też bym nie wytrzymał. Jednak okazało się, że nie o to chodzi. Problem leżał nie w tym, że otaczają go gwiazdy, a w tym, że go nie otaczają (Księżyc powiedział to „jaśniej” więc już tłumaczę). Wszystkim się wydaje, że księżyc otacza się plejadą gwiazd rodem z Hollywood, jednak oni są oddaleni od siebie o setki tysięcy kilometrów, a tylko z mojej perspektywy widzę ich razem. Musiał na chwilę odłożyć gitarę by zebrać myśli, niestety zrobiłem to tak nie zgrabnie, że instrument uderzył z hukiem o podłogę, strasząc przy tym czarnego kota siedzącego na kanapie za mną. Wracając, mój przyjaciel w oczach innych ma wiele bliskich „znajomych”, a w rzeczywistości (albo fizyce) są od siebie oddaleni i nic o sobie nie wiedzą. Ba! Gwiazdy stworzyły własne paczki znajomych, chociaż one każą nazywać to konstelacjami, do których księżyc nie ma prawa należeć. Przykro mi się zrobiło na myśl o tym, więc chwyciłem gitarę, przeciągnąłem palcem po wiolinowej strunie E i zacząłem Srebrzystemu koledze grać „schody do nieba”. Księżyc był w szoku, że umiem grać, ale jeszcze bardziej zdziwiło go to, że po tych schodach nie wchodzę.

Myślicie teraz powiem, że to tylko sen? Nic z tych rzeczy. Schody do nieba nie są białe, złote, srebrne, z poręczą czy bez. One są czarne. Czarne jak smoła i kryją się na nocnym niebie pośród grozy i mroku. Dojrzy je tylko ten, który będzie ich w ogóle szukał. Zapewne w waszych głowach pojawiają się teraz pytania w stylu:

– Więc one prowadzą do nieba?

– Naprawdę istnieją?

– Szymon, czy ty coś bierzesz?

I tak i nie! Schody prowadzą do twojego nieba, moim była rozmowa, wyżalenie się komuś. Księżyc lubi słuchać, polecam literatom spróbować, on nigdy nie powie nie! No może czasem schowa się za chmurami, ale to rzadko. Oboje z księżycem będąc w stanie nie posiadania drugiej połówki skończyliśmy rozmowę stwierdzeniem, że w sumie to śmieszne, że nikt mi nie uwierzy, że z nim rozmawiam. Ja natomiast nie będę nikomu na siłę wmawiał prawdy. To taki płomień bez żaru, wszyscy wiedzą, ale nikogo to nie rusza. Jeżeli jednak ktoś mi uwierzy to zapewne będzie to opiumista, szaleniec, albo inna osoba bez racjonalnego myślenia, jak Mickiewicz czy Słowacki. A i jeszcze jedno, mam czerwone oczy doświadczalnych królików i to nie od narkotyków.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *