Kolekcja

Każda z nich wisi na na tej nieskazitelnie białej ścianie. Żadna nie jest nawet przekrzywiona. Wszystkie są przecież zadbane. Powieszone w równych odstępach od siebie, jakby tworzyły religijny ołtarzyk. Zawieszone na srebrnych haczykach, które ciągną się jeszcze dalej, wyciągając do mnie swoje pazury. Zdaje mi się, że one nadal chcą więcej. Czekają tylko aż się odwrócę, by złapać mnie ponownie w swoje sidła. Jeszcze raz, jeszcze, jeszcze i jeszcze…

Spoglądają na mnie z niekrytą wyższością. Nie są identycznie. Nie ma dwóch takich samych, choć mają ten sam wyraz twarzy. Nie wiem, czy mnie nienawidzą. Wiem jednak, że mną gardzą. Nie dziwię się im. One przynajmniej wiedzą kim są. Znają swój cel. Ja jestem czymś, co nie ma tożsamości. Stale się zmieniam. Niknę z każdym dniem, by odradzać się z powrotem. Dlatego mnie nie cenią. Są lepsze, mimo że nie są doskonałe same w sobie. 

Jedne szare i jałowe, wręcz wyprute z emocji. Są zmorą każdego człowieka, ale też jego naturalną ochroną. To one bronią przed każdym atakiem. Nie czują bodźców, nie uginają się pod żadnym z nim. 

Równie przerażające są te nad wyraz wesołe. Uśmiechy mają radosne, lecz sztuczne. Nie są prawdą, choć takie starają się być na pierwszy rzut oka. jednak doskonale znają przynajmniej dźwięk swojego zakłamanego głosu. 

Donośny jest też ton tych pewnych siebie, zupełnie głuchych na wątpliwości. Przyznam, że do dziś zazdroszczę im tego męstwa i entuzjazmu, lecz bałabym się ich lekkomyślności. Nie mają hamulców, by powstrzymać się od własnego upadku na samo dno, którego unikają cudem przy każdym skoku przez rwącą rzekę przypadku. 

Wszystkie mają swoje wady, ale posiadają i wiele zalet, które dostrzega każdy kto je zna. Przecież one istnieją właśnie dla tych ludzi. By to oni wiedzieli z kim rozmawiają, chociaż natrafią tylko na jedną z wielu kopii mnie. Zakładam ręce na piersi i przyglądam się im. Wzbudzają lęk, ale znam je na tyle, by wiedzieć, że mnie nie zranią. Beze mnie – nie ma ich. Są czymś tylko, gdy mają czym sterować. W mojej głowie nadal są moją szczelnie zamkniętą kolekcją, po którą sięgam aż za często. 

Wyciągam więc drżącą rękę w stronę pierwszej z nich. Dotykam jej papierowej powłoki. Jest jedną z najstarszych. Dlatego chwytam ją jak najdelikatniej, by nie rozsypała się w drobny mak. Na pożółkłym papierze widnieją dziecięce rysunki. Czerwone serca i różowe kwiaty, które tak uwielbiałam rysować, gdy byłam jeszcze dzieckiem, mienią się w mocnym świetle zza moich pleców. Oczy wycięte są niedokładnie. Poszarpane krańce kartki wskazują na pracę drobnych, niezgrabnych rączek kilkulatki. Obracam ją tyłem do siebie. We wnętrzu widnieje jakiś napis, lecz nie jestem w stanie go odczytać. Literki pisane przez ośmiolatkę są zbyt niewyraźne. Nie zważam jednak na to i przybliżam ją do twarzy. Od razu ukazują mi się wywołane moim widokiem uśmiechy rodziców. Na przestrzeni lat stały się jednak wymuszone, bo historia płynie dalej, starając się dogonić uciekający czas. 

Dlatego odkładam ją na swoje miejsce i chwytam kolejną. Ta jest drewniana. W kilku miejscach już popękała, ale jeszcze się nie rozpadła. Każda z nich musi istnieć, by nie zaburzyć tego kruchego porządku. Ta jest jedną z ważniejszych. Gdy ją zakładam, widzę jedynie sylwetki beztroskich dzieciaków biegających po szkolnych korytarzach. Czuję, że na mojej twarzy gości wieczny uśmiech. Wiem też, że jest kolejnym z tych nieprawdziwych. Tym razem należy do mnie. Był ważny tylko, by przetrwać. By znaleźć swoje miejsce. Potem znikał, gdy zastępował go grymas mojej bezsilności.

Trzecia jest już o wiele solidniejsza, mimo że pokryta już rdzą. Metal zdążył już zawilgotnieć i pokrył się krwistoczerwonym osadem. Mimo to nadal jest elegancka i twarda. W tamtym czasie musiała taka być. Widzę to, gdy tylko ją zakładam. Pewność siebie ratowała mnie nieraz w tamtym czasie. Tylko dzięki niej przetrwałam. Nie ma w tym nic więcej do dodania. Dlatego odkładam ją na wystający ze ściany stalowy kieł i jeszcze raz się im przyglądam.

Są mną. I tylko mną. Ja jestem nimi. I tylko nimi. Nie istniejemy bez siebie. To one są cząstkami mnie, tworząc barwną mozaikę. Ta w kilku miejscach błyszczy neonowo, by przejść w matową szarość. Każda z nich mogłaby być osobnym człowiekiem, ale przecież nadal jest tym czymś egzystującym we mnie. To dlatego nad równymi rzędami różnorodnych masek jest pusta ramka na zdjęcie. Nie ma w nim jednak fotografii. Nie jest też podpisana imieniem i nazwiskiem. Tam powinnam się znajdować ja, by każdy kto będzie oglądał tę kolekcję, wiedział, że to jest właśnie mną. Nie chcę jednak, by ktoś mnie poznał. Lepiej, by widział to niż moją twarz. Po co mam pokazywać siebie, skoro w swoim umyśle jestem tylko tym, co jest gdzieś zagubione i rozbite między miliony kawałków, jak pęknięte naczynie. Zawsze nim będę i nikt tego nie zmieni, bo ktoś porwał mnie na strzępy, jak zwyczajną kartkę papieru. Od zawsze byłam, jestem i będę tym.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *