Kołysanka Lochów Loran

Yharnam — miasto pogrążone w chaosie swoich lekkomyślnych działań – podzieliło losy ruin cywilizacji, na których opierało swoje liche fasady. Rumowiska służyły za lochy i miejsca poszukiwań odpowiedzi na dziesiątki niezrozumiałych pytań dla żądnych wiedzy mieszkańców. 

Lochy Loran były jedną z wielu takich konstrukcji. Owiane barwnymi legendami służyły jako postrach dla dzieci, które widywane były zbyt blisko niebezpiecznych miejsc.

Jeden z mitów pełny był wspaniałych stworzeń pokrytych czarną sierścią, pomiędzy którą wiły się błękitne iskry, sycząc złowrogo na wszystko wokół. Podobno były to istoty wyższe, czym z przyjemnością zajmował się jeden z uczonych pragnący odkryć wszystkie ich sekrety. Drugi mówił coś o zakapturzonych postaciach, błądzących pomiędzy zdobionymi kolumnami. Te za to miały być przedstawicielami teoretycznie wymarłej nacji. Było też wiele pomniejszych historyjek, mających rzekome korzenie u stóp wiekowych krypt. Każda z nich, bez wyjątku, prowadziła do potężnych, wygłodniałych istot. 

Prawda jednak była gdzieś pośrodku, znana tylko osobom zapuszczającym się w pogrążonych we śnie budowlach. Ci, którzy ośmielili się wejść do przykrytych piaskami grot, musieli zmierzyć się nie tylko z bestiami, ale i własnymi pokusami skorymi zaprowadzić ich do miejsc bez powrotu, miejsc pełnych ciemności. Za to stamtąd już nie było wyjścia, nawet dla najlepszych w swoim fachu.

Takie miejsca jednak były znacząco oddalone od głównych korytarzy, a część z nich znajdowała się za zawalonymi stropami, pod którymi miażdżone były ciała zbyt zuchwałych ciekawskich. Najpierw śmiałkowie musieli zmagać się z labiryntem niemal jednakowych przejść, licząc na swoje umiejętności orientacji w przestrzeni. Ale to nigdy nie wystarczało. Trzeba było się wsłuchać, aby piski przerośniętych gryzoni stały się najżywszą melodią uderzającą o kamienne mury. Trzaski kości gdzieś za zżółkniętym ścianami przysparzały wszystkich o paranoję, zmuszając tym do radykalnych posunięć, a jęki zamkniętych kreatur napawały lękami, o których nie śmiał śnić nikt o zdrowych zmysłach. 

Gwoździem do trumny były dzwony i ich przeklęte echa. Głuche uderzenia wodziły donośny pogłos, którego jedynie martwi mogliby nie usłyszeć. Każdy zatracony w głębi szaleństwa podążał za dźwiękiem, zbliżając się wraz z innymi do jednej z wielu komnat, mającej w posiadaniu takowy instrument. 

Pomniejsze dzwonki, zwisające ze ścian lub umieszczone gdzieniegdzie w zagubionych kątach latarni, odbijały silne brzmienia, same wprowadzając swoją harmonię do większej całości. Muzyka ta była swego rodzaju kołysanką dla tych, którzy już nigdy nie ujrzą słońca.

Cudowne miejsce, pełne omamów, halucynacji i niekończących się krzyków i dzwonów w głowie. Może to dlatego lochy te nazywane zostały chorymi?

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *