Motyle

Zerkam w bok i zastanawiam się, czy o mnie myślisz. Pusty wzrok masz utkwiony w tablicę. Dźwięki zamieniają się w jeden wielki głośny zgrzyt, który bardzo łatwo zignorować. Potem znów patrzę na twój lewy profil, ale nie chcę żebyś mnie na tym przyłapał, więc znów odwracam wzrok.

Zamalowuję losowe kratki na kartce w zeszycie. Staram się, żeby były nieregularne, nieoczywiste, żeby przypadkowi przechodnie zastanawiali się, czy stanowią jakiś wzór. Po chwili twoje ręka, bardzo delikatnie znajduje się nagle na moim kolanie. Jest duża i ciepła. Czuję jak wciska w mnie w twarde krzesło. Wciąż na mnie nie patrzysz i zdajesz się być maksymalnie skupionym na tej białej czystej tablicy, na której zupełnie nic nie ma. Przyzwyczajam się do tej dłoni i sprawiam, że staje się moją normalnością, mimo to, że wiem, że w każdej chwili możesz ją zabrać. To tak jakbyś chciał pokazać, że należę do ciebie, ale chciał to pokazać tylko mi. Tyle, że ja nie należę do ciebie.

W pewnym momencie do sali wpada motyl. Zwykły, biały, unosi się nad nami wszystkimi, bezsensownie tutaj skupionymi. Uderza o jarzeniówki, z cichym trzaskaniem. Wędruję za nim wzrokiem. Zaraz znów pojawia się przy oknach, próbuje wydostać się na zewnętrze. Mam nawet ochotę wstać i otworzyć mu to okno, żeby ułatwić mu wylot, ale strasznie boję się, że gdy usiądę twoja ręka nie znajdzie się już na moim kolanie. Dlatego siedzę i słucham tego smutnego trzepotu skrzydeł i próby wyjścia na wolność.

W pomieszczeniu robi się duszno. Cieszę się, że w końcu ktoś to zauważy i uchyli szybę. Wtedy kobieta przede mną okrywa się bardziej swetrem, a ja przecieram oczy ze zdumienia.

Na tablicy w końcu pojawiają się jakieś bezużyteczne znaki. Czy naprawdę nikt nie widzi tego biednego, zagubionego owada? Ten odrywa się w końcu i frunie bliżej biurka. Siada na podłodze. Dziewczyna z pierwszej ławki podnosi się i szybko zdeptuje go butem.

Opadam i już nie czuję krzesła pod sobą ani nawet twojej ręki na kolanie. Nie czuję jej, bo już jej tam po prostu nie ma. Znikasz.

Jak znów otwieram oczy to widzę same motyle. Mają różne barwy, kształty i wielkości. Ty stoisz obok tego najjaskrawszego. O smukłych skrzydełkach i egzotycznym, intensywnym niebieskim kolorze. W pierwszej ławce.

Mnie już nie ma, bo zostałam wdeptana w podłogę.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *