Nadzwyczajny miś

– Nie uważasz, że to dziecinne spać z misiem w takim wieku? – pyta moja żona, rzucając we mnie pluszakiem. 

– Mówiłem ci już, że ten miś ma wyjątkowe znaczenie – odpowiadam, łapiąc go za ucho

Ściskam maskotkę w dłoni i wdycham jej zapach. 

Kiedy zamykam oczy, jestem na moście. Siedzę na barierce, zastanawiając się czy skoczyć. Wiatr dmucha mi prosto w twarz. Jest przyjemnie chłodno. Na drugim, otwartym dla pojazdów moście, widzę auta, pędzące w swoim bezsensownym biegu. Ściska mi się serce. 

Ja nie jestem bezsensowny. Może jestem depresyjny, ale na pewno nie bezsensowny. 

Myślę o mojej okropnej pracy, o byłej dziewczynie, o moich wszystkich fałszywych przyjaciołach, którzy aktualnie mają mnie gdzieś, o rodzinie za granicą, która o niczym nie wie, o moim mieszkaniu, które miałem skończyć remontować jakieś 2 miesiące temu, ale pan Waldek się obija. Rozmyślam nawet o tym kotku, którego dokarmiałem od czasu do czasu,
a jego zwłoki znalazłem wczoraj na jezdni przed domem, o tym że sąsiadce spod czwórki wnuk zachorował, o tym że nie mogłem całą noc spać, bo ci gimnazjaliści puszczali głośną muzykę.

Starzeję się. Sam kiedyś byłem gimnazjalistą.

Patrzę na chmury, przez które nie przebija się żaden promyk słońca. I doprawdy, żyć mi się odechciewa!

Skoczę. Ale jeszcze raz wszystko przeanalizuję. Kiedy już nie będę czuć, nie będę miał tej możliwości.

Nagle za plecami słyszę ciche tuptanie. Odwracam się i moim oczom ukazuje się dziewczynka w szarym mundurku i zaciasnych bucikach. Ma włosy związane w warkocze, na plecach torbę, a raczej kilka związanych szmat z paskami, dzięki którym może to coś nosić na plecach. To na pewno sierota. 

Karcę się w myślach, że zapomniałem wymienić sierocińca na mojej liście rzeczy przykrych.

Przerzucam nogi i staję bezpiecznie na chodniku. Ten gest chyba zachęca dziecko, które nie może mieć więcej niż 10 lat.

– Która godzina? – pyta.

– Nie wiem – odpowiadam, zdając sobie sprawę, że nie zabrałem ze sobą nawet zegarka, ani telefonu.

– A wie pan którędy na dworzec? – ponownie pyta, ale tym razem śmielej.

– A czy to ma jakiekolwiek znaczenie? W tamtą stronę. – Pokazuję, przypominając sobie, że to jeszcze dziecko – A dlaczego chcesz to wiedzieć?

– Uciekam do… Londynu – odpowiada dziewczynka z dumą.

– Wymyśliłaś to przed sekundą? – Dziwię się.

– Tak, ale w Londynie jest ślicznie. – Uśmiecha się.

– Dzisiaj nigdzie nie jest ślicznie – poważnieję. – Pociągiem do Londynu to ty raczej nie dojedziesz. To trochę daleko.

– Dlaczego? – obrusza się. 

– Bo to trochę daleko – powtarzam się, ale dziewczynka, o dziwo, daje mi spokój. – Czytać to ty w ogóle umiesz? – Na moje pytanie zwiesza głowę.

– Nooo, nie do końca, ale się nauczę, a potem będę pracować i za zarobione pieniądze kupię sobie elementarz.

– A gdzie ty chcesz pracować?

– Mogę zamiatać, prać, zmywać, szyć, sprzątać, ścielić łóżka, ewentualnie gotować, pilnować młodsze dzieci, uczę się też zaplatać warkocze. Jak nauczę się czytać,  mogę też zostać nauczycielką. – Zamyśla się.

Ogarnia mnie smutek na myśl o tym biednym dziecku, które kompletnie nie zna świata, a z wyciągniętymi rękami szuka przygód. 

– Dlaczego nikt nie nauczył cię czytać? Nie chodzisz do szkoły?

– W sierocińcu jest nas bardzo dużo. Nikt nas nie pilnuje. Starsze dziewczyny się tylko uczą. – Wzdycha.

– Dlaczego jesteś tutaj, a nie tam?

– No bo mi się tam nudzi – odpowiada beztrosko. – A ty? Dlaczego siedzisz tutaj, a nie w pracy?

– Bo jej nie lubię – mówię całkiem szczerze.

Przerzucam nogi z powrotem i znów stoję niebezpiecznie nad krawędzią.

– Uważaj, to niebezpieczne. Nie boisz się, że spadniesz do wody?

Spoglądam na kłębiącą się w dole rzekę i różne wiry. 

– Nie.

– A umiesz pływać? – wpatruje się we mnie, czekając na odpowiedź.

– Nie.

Odchylam się, prostując ręce w łokciach. Teraz już zwisam twarzą skierowaną do wody. Szum zabójczej cieczy nie jest zbyt silny, żeby mnie powstrzymać.

– Co ty… robisz? – Dziesięciolatka bacznie mi się przygląda.

– Skaczę – patrzę na jej spokojne niebieskie oczy. – Umieram, tak jak starzy, zmęczeni ludzie.

– Nieprawda! – krzyczy dziewczynka doprowadzając mnie prawie do zawału. – Nie jesteś ani stary, ani zmęczony. 

– Ale jestem bardzo smutny, a to wystarczy – przerywam jej.

Dziewczynka chwile myśli, po czym obraca swój prowizoryczny plecak i zaczyna wszystko z niego wysypywać. Nie żeby było dużo tych rzeczy. To kilka ubrań, kolekcja niezwykle kształtnych kamieni, kilka skradzionych ze spiżarni bułeczek i na końcu stary, wytarty miś.

– To jest miś, którego udało mi się wygrać na loterii dawno temu. On jest magiczny. Jak jest mi smutno, to z nim rozmawiam i mi przechodzi. Chcesz go potrzymać? – Nie czekając na moją odpowiedź wciska mi go do ręki.

Przez chwilę tracę podporę i trzymam się jedną ręką, ale miś widocznie nade mną czuwa, bo od razu przyczepiam się z powrotem do barierki mostu. Nie wierzę w magię, ani w nic, co mówi ten mały człowiek, bo to dziecko, ale trzymanie misia faktycznie jakoś mnie uspokaja. Siadam na barierce, odsuwając się od krawędzi.

– Od bardzo dawna go nie potrzebuję, nie jestem po prostu smutna.

Przez chwilę nie słucham natrętnej dziewczynki i wpatruję się w misia. Ma ładne brązowe futerko i wyszyty uśmiech. Nie ma wyboru. Ktoś chciał, żeby się uśmiechał. I będzie to robił już zawsze. Nawet jeżeli nie ma na to ochoty.

– Co się tak patrzysz? – śmieje się moja młodsza koleżanka. – Podoba ci się, prawda? Mówiłam, że jest magiczny. Jeżeli chcesz, mogę ci go oddać. – Mówi od niechcenia.

– Mi? Ale on jest twój. – Zaprzeczam.

– Wydaję mi się, że tobie się bardziej przyda.

– Dziękuję. – Przyciskam misia do piersi, a w moich oczach pojawiają się łzy. Nie chodzi mi o to, że dostałem tego misia, bo mógłbym go znaleźć gdzieś w koszu na śmieci i nie zwróciłbym na niego uwagi. Ale dostałem go od osoby, która sama nie ma prawie nic, zna mnie od kilku chwil, a przejęła się moim nieszczęściem i zrobiła tak dużo, żebym się uśmiechnął. Nie ominęła mnie szerokim łukiem jak każdy inny człowiek, którego spotkałem. Nieskażona jeszcze ludzką znieczulicą, pojawiła mi się na drodze niczym anioł stróż.

Grzebię po kieszeniach kurtki i spodni i znajduję wygnieciony banknot pięćdziesięciozłotowy.

– To dla ciebie, na elementarz. Powinno wystarczyć. Tylko nie zapomnij z blatu zabrać reszty.

Dziewczynka uśmiecha się tak szeroko, że boję się, iż pęknie jej buzia. Odrywa się od barierki i zaczyna skakać po całym moście. Ten gest jest tak niespodziewany i miły, że odechciewa mi się skakać.

– W która stronę do księgarni? – pyta.

Pokazuję jej kierunek.

– Pójdziesz ze mną?

– Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. – Wstaję z barierki i staję po bezpiecznej stronie.

Najważniejsza decyzja w moim życiu zostaje odsunięta na boczne tory. Może czasami zamiast decydować i na siłę przeć na przód lepiej się po prostu wycofać.

Widzę jak dziewczynka w podskokach odchodzi. Mam nadzieję, że trafi do wymarzonego Londynu. Podnoszę wzrok. Wtedy zza chmur wychodzi słońce…

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *