Nić

Nigdy nie zwracałem uwagi na te spodnie. Wydawało mi się, że ludzie, którzy je noszą przeceniają ich styl, wygodę czy po prostu samo ich bycie. Częściowo nawet mnie bawiły i to jak ludzie desperacko chcieli je posiadać. Wydawało mi się to zabawne. Może dlatego, że sam ich nie miałem. A teraz… nie mam pojęcia, jakim sposobem znalazły się na moich udach. Nie była to moja wina. Po prostu wynikiem niektórych sytuacji było pozyskanie przez moją osobę takowej części garderoby. Z początku były niemal idealne. Wygodne i miłe. Co ciekawe sam stałem się człowiekiem, który zaczął cieszyć się z bycia ich właścicielem, ale potem wydarzyło się to. TO. Nawet już nie pamiętam albo nie chce pamiętać, jak to się stało. Może po prostu za bardzo pewnie się w nich poczułem? Wysunąłem nogę za daleko? Na spodniach objawiła mi się pokaźnych rozmiarów dziura. Dziura ta dominowała i przyciągała wzrok cały czas, gdy tylko spojrzałem na moje wcześniej piękne spodnie. Dziura ta zaczęła się rozrastać. Nie królowała już tylko na kroczu. Podbiła już pośladki, a nawet ruszyła z krucjatą na nogawki. Musiałem powstrzymać tę zachłanną dziurę. Jedynym sposobem była nić. A więc szybko przetrzebiłem znane mi miejsca w poszukiwaniu najlepszej. Nawet rozprułem inne pary spodni (ale tylko tak odrobinę), aby znaleźć idealną nitkę, która neutralizuje tę paskudną ranę moich przepięknych spodni. Wreszcie znalazłem. Piękna nitka w identycznym kolorze co moje ukochane „portki”. Złapałem szybko igłę i zacząłem cerować. Tylko jak? Aby to naprawić, muszę zranić… moje… spodnie. Jak to tak? Tak się nie godzi. Walczyłem tak ze sobą długą, aż patrząc, ile zaryzykowałem i ile spodni naruszyłem, by to osiągnąć, przełamałem się. Wbiłem igłę i zacząłem cerować. Początkowo niewinnie. Małe szwy. Niewinne, ale jednak szwy. Wydawało mi się, że jest nawet lepiej niż dobrze, więc rozzuchwaliłem się. Szyłem coraz namiętniej, ale to wszystko dlatego, że to były moje idealne spodnie. Jedyne takie spodnie. Zakończyłem niezwykłym supłem. Dwa i pół raza w tym samym miejscu. Dodatkowo z jaką precyzją i dokładnością. Jeszcze nigdy się tak nie starałem. Skończyłem, usiadłem, rozłożyłem swoje jeansy i spojrzałem na swoje dzieło. Byłem dumny. Tylko przez chwile. Dopiero potem zauważyłem, że te szwy nie są niewidzialne. Ta informacja uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba. Ujrzałem jak te, prawie że boskie spodnie są teraz skalane ohydnym, nawet nie wiadomo czy dobrym, szwem, który niszczył ich cały majestat. To było druzgocące zjawisko, ale nie mogłem się ich tak pozbyć. To przecież SPODNIE! Założyłem je i wyszedłem na miasto. Myślę teraz, że ludzie nawet nie zwracali na mój szew uwagi, ale ja czułem się nagi, mimo że miałem te spodnie. Tylko to nie były już te spodnie. One już umarły. Zmarły w sekundzie, w której pozwoliłem sobie na tak zuchwały krok. To parszywe stąpnięcie. Wróciłem do domu. Zamknąłem drzwi, ściągnąłem tę parodię moich spodni i po raz kolejny na nie spojrzałem. To dziwne zjawisko. Ta nić. Taka niewinna. Użyłem jej w innym celu. Aby połączyć te dwie części materiału i utworzyć z nich to, co było wcześniej. Ta nić, która całą swoją siłą miała zadanie zjednoczyć nogawki i tworzyć piękno, zrodziła potwora. Może…może ten potwór istniał od zawsze? Może on tak naprawdę tam był i zaćmił mi wzrok. Tak było. Tak musiało być, a ja nie zauważyłem. Nie. Nie chciałem widzieć. Ja…ja chciałem mieć spodnie. A teraz mam tylko To coś i nić, która To obnażyła.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *