Niemy łabędź

Ciężkawy krok mężczyzny w zszarzałym, beżowym płaszczu wybijał miarowy rytm, rozbrzmiewając w całkowitej ciszy. Jego wyblakłe zielone oczy wpatrywały się surowo w jasnoszarą breję stworzoną ze śniegu i brudu ulicy, po której stąpał niemal otępiały. Błądził myślami po starych, nierozwiązanych sprawach, w kółko odtwarzając ich szczegóły. Chociaż za chwilę miał usłyszeć szczegóły kolejnego mrożącego krew w żyłach zabójstwa, wciąż szukał luk w niegdyś stworzonych przez siebie teoriach. Wpatrywał się ze skupieniem w swoje zamszowe buty, mijając przechodniów nierozpoznających w nim szanowanego detektywa, a byle włóczęgę, który z braku pracy szukał wrażeń w działaniach prawdziwych policjantów.

Takie wnioski z perspektywy spacerowiczów były nad wyraz trafne, gdy poruszał się tak zgarbiony wzdłuż powoli płynącej rzeki Akerselva. Skulony otulił się ciasno odzieniem pamiętającym jeszcze dawny wygląd ulic Oslo. Rondo czarnego kapelusza zakrywało nie tylko jego pokiereszowaną twarz, która od dawna nie widziała maszynki do golenia, ale również pierwsze pasma siwizny wstępującej na loki pięćdziesięciolatka. Te środki ostrożności miały służyć jednemu z jego detektywistycznych zabiegów – wtopieniu się w tłum. Ten był obecny przy każdej sprawie zgłaszanej w środku stolicy. Nieraz pomagał mu on w rozwiązaniu sprawy. Uniósł więc wzrok, by ocenić i dzisiejsze zbiegowisko.

Początkowo jego oczom ukazała się niezwykle nieprzyjemna, nawet jak na Oslo, okolica. Na obydwu brzegach płytkiej rzeczki porozrzucane były różne kolorowe papierki, a gdzieniegdzie leżały jeszcze jesienne liście. Spoglądając na te zgniłe ślady roślinności, natrafił wzrokiem na obdarty z kory pień. Nieprzystając, zaczął piąć się wzrokiem ku górze drzewa, aż w końcu natrafił na cienkie gałęzie, które niczym szpetne ręce zawisły nad głowami spacerujących. Ten widok jednak nie przykuł jego uwagi na dłużej, bo już po chwili osadził swoje spojrzenie na ceglanych murach Akademii Sztuki. Ten na wpół modernistyczny, na wpół muzealny obiekt górował nad terenem po drugiej stronie koryta rzeki. Detektyw mruczał coś pod nosem, spoglądając spod kapelusza na to brzydactwo, wytwór dzisiejszego budownictwa. Jednak ten kanciasty budynek nie zasugerował mu żadnego konkretnego charakteru tej sprawy, do której tak pilnie go wezwano, co zresztą było już codziennością. Wzywano go tylko do szczególnych przypadków, a te w Oslo zdarzały się nad wyraz często.

Dlatego też przypatrywał się okolicy, chłonąc posępną atmosferę kampusu, która przypomniała mu odległe czasy jego studiów. Z radością jednak ocenił, że w porównaniu do studentów tej Akademii, jego najbardziej wyrazistym wspomnieniem nie będzie brutalne morderstwo, a co jeszcze gorsze – okropny swąd unoszący się znad tej nieurokliwej rzeczki. Chociaż musiał przyznać, że takie doświadczenia musiały być dla wielu młodych ludzi jednym z niewielu wyrazistych przeżyć w okolicy, w której bordowa cegła budynków biła się z nieokreślonymi kształtami nowoczesnych latarni. Te zresztą znienawidził z tego przygnębiającego obrazka najbardziej, kiedy tak szedł w stronę niewielkiego mostu łączącego obie strony uniwersyteckiego parku.

Mostek, tak jak się spodziewał, został wręcz oblężony przez studentów. Pstrokate barwy kurtek i kraciaste wzory na szalikach mieszały się ze sobą w tej płynnej masie ludzi, stojących nieopodal wejścia na kładkę dla pieszych. Tuzin studentów przepychał się z policjantami, by dojrzeć chociaż parę szczegółów z miejsca zbrodni. Oczywiście detektyw zdawał sobie sprawę, że robili to nie z ciekawości, a dla rozpuszczenia paru plotek w swoim środowisku. Żaden z tych dzieciaków nie umiałby zapewne nawet wykorzystać poszlak znajdujących się za żółtą taśmą. Te wnioski były mu jednak potrzebne, by dobrze zrozumieć ofiarę, którą zaraz miał pośmiertnie poznać. 

Na podstawie tych gapiów mógł już stworzyć początkowy profil poszkodowanego. Wystarczyło się przyjrzeć: mały tłum oznaczał jego niewielką popularność, a to było mu na rękę – niewielu podejrzanych wśród znajomych do przesłuchania. Dodatkowo parę dziewczyn tam zgromadzonych płakało rzewnie za kolegą z roku – trzymający się wąskiego grona przyjaciół student. Brak zbędnych awantur przywiódł Larsenowi na myśl, że w tłumie nie znajdowały się osoby nad wyraz z nim zżyte. 

W ten sposób wypełnił swoje pierwsze zadanie związane z miejscem zbrodni, choć pozostało mu jeszcze kilka metrów do przebycia, by w końcu przepchnąć się między rozgorączkowanymi dwudziestolatkami.

– Przepraszam! Ludzie, rozstąpcie się! Muszę przejść. Przepraszam! – wołał detektyw, z trudem odpychając od siebie napierające na niego ciała. 

Kilkukrotnie krzywił się, gdy wysokie koturny butów studentek miażdżyły jego zmęczone spacerem stopy. Uniknął też paru bolesnych uderzeń w swoje ramiona, gdy ciekawscy studenci pchali się do przodu w nadziei na zobaczenie, kto został zamordowany. Te tortury jednak skończyły się, gdy nareszcie stanął przed rzędem szeregowych policjantów, którzy przywitali go nawet oschlej niż przypadkowi świadkowie. Funkcjonariusze nie mogli jednak skomentować jego przyjścia, bo jego reputacja pozwalała jedynie na te ostentacyjne spojrzenia podwładnych. Jedyne, co im pozostało to uniesienie policyjnej taśmy, by mógł wkroczyć na miejsce zbrodni, gdzie czekała na niego kolejna dwójka osobliwych współpracowników.

Kłótnia tego duetu zdecydowanie należała do najgłośniejszych zjawisk panujących wewnątrz zamkniętego obszaru. Mężczyzna o ewidentnie gorącym temperamencie wcinał się w każde nowo rozpoczęte zdanie zirytowanej kobiety, wymachującej zżółkniętą teczką, z której niemalże wylewały się sterty nieuporządkowanych kartek. 

Na widok przybyłego oboje oderwali się od bezsensownej paplaniny, powracając do pozornie spokojnego usposobienia. Mężczyzna uniósł wysoko głowę, zakładając ręce na piersi, za to dwudziestoparolatka powoli poprawiła potargane wiatrem włosy.

– Oto dotychczas zebrane dowody, Henrik. – Kobieta wyciągnęła w jego stronę dłoń z wypchaną teką, co spotkało się jedynie z zimnym spojrzeniem spod opadającego na czoło kapelusza.

– Nie jesteśmy na ty, panno Eriksson. Proszę zwracać się do mnie nazwiskiem, jeśli łaska – odparł spokojnie, odwracając wzrok od skonsternowanej pary, która jedynie spojrzała po sobie. Młody detektyw uśmiechnął się triumfalnie, mierząc Norę Eriksson z góry do dołu. – Kiedy nastąpił zgon? – Detektyw minął się z nimi z zamiarem zbliżenia się do ofiary najbliżej, jak było to tylko możliwe.

Z odległości dziesięciu metrów mógł jedynie pomarzyć o dokładniejszym oglądzie osobliwie wyglądających zwłok, zwisających z mostu.

– Około pierwszej w nocy, znaleziony został o szóstej, panie Larsen – wydukała kryminolog, wyciągając jedną z pogiętych stron. Nim zdążyła napomknąć mu o innych elementach godnych uwagi dla całej sprawy, Henrik mruknął, aby mu nie przeszkadzać, odchodząc powolnie.

Będąc metr od elegancko ubranego ciała spokojnie założył dłonie na piersi, unosząc lekko głowę. Wisielec spoczywał trochę ponad taflą wody, na dość cienkiej, ale za to bardzo wytrzymałej linie. Jutowy sznur nosił na sobie plamy stęchłej krwi, której pierwsze próbki już dawno były w laboratorium, a wyniki dostępne miały być dnia jutrzejszego. Oczywiście tylko jeśli laboratoryjni nie odsunęli tego zgłoszenia na dzień następny, tak jak mieli to w zwyczaju. Czerwone, posiniałe pręgi wystające spod czarnej koszuli jasno wskazywały na to, iż mężczyzna walczył z oprawcą wręcz. O tym samym również świadczyły dłonie pełne drobnych zadrapań oraz śladowe ilości stęchłej, bordowej cieczy pod paznokciami. Ta próbka również powinna znajdować się na stole z dowodami. Pogniecione i zdewastowane ubranie ilustrowało, jak długo ofiara mogła walczyć. Naderwanie rękawa koszuli mogło nastąpić podczas pierwszego uderzenia, dając tym element zaskoczenia napastnikowi. Brak dwóch guzików na wysokości klatki piersiowej prezentował, iż student został chwycony zaraz po zaatakowaniu, co banalnie można było połączyć z pęknięciem kości ciemieniowej. Wstrząs mózgu? To mogło przechylić szalę zwycięstwa. Omdlenie? Równie prawdopodobne, ale to na razie pozostawało jedynie w domysłach.

O wiele ciekawszymi poszlakami były chociażby usta. Zaszyte grubą żyłką, na której widniały lekkie pęknięcia oraz zagięcia na plastiku. Wargi nosiły znamiona rdzy, a więc cokolwiek służyło tej prowizorycznej nici za igłę, definitywnie było stare lub przechowywane w co najmniej złych warunkach. Rozciągnięta i miejscami rozerwana skóra ponad wargami świadczyła o tym, że podczas zszywania – w trakcie lub pod koniec, student był świadomy i albo krzyczał z bólu, albo nieudolnie starał się pozbyć więzów, niszcząc tym sobie jamę ustną. Odstępy między poszczególnymi nićmi były niemal jak od linijki, co wskazywało na szczególny fach w ręku mordercy. Kolejnym fascynującym elementem były uda i łydki. Wbite w skórę liczne haczyki utrzymywały zielone siateczki pełne ziaren, traw i temu podobnych przysmaków dla zimowego ptactwa, które aż roiło się w przy pobliskich zbiornikach. Wszystkie torebki zwisały do poziomu trochę powyżej tafli, tak jak gdyby miały faktycznie służyć jako pokarm dla pobliskich łabędzi. Część dziur w granatowych jeansach sugerowała, iż niektóre z metalowych księżyców zostały wyrwane wraz z kawałkami tkanki. Jedno z owych rozerwań miało miejsce wzdłuż prawej tętnicy udowej, a to mogło wskazywać na długie i bardzo bolesne wykrwawianie się.

Trup, wbrew pozorom, nie był najistotniejszy w całym śledztwie. Niemal tak samo istotne było samo miejsce zdarzenia – w tym wypadku obfitujące w dosyć istotne znaleziska. Pierwszym miejscem godnym uwagi był most nad niewielką rzeczką. Nim jednak Henrik mógł zabrać się za doszukiwanie wspólnych motywów, musiał zmierzyć się z wyproszeniem wścibskich funkcjonariuszy, którym to zawsze wydawało się, iż wiedzą lepiej oraz widzą więcej.

Po wstępnym rozgonieniu gapiów można było przejść do najnudniejszej i jednocześnie najprzydatniejszej części śledztwa. Przechadzając się powoli po drewnianych deskach wątpliwej wytrzymałości, Larsen mruczał pod nosem możliwe scenariusze feralnego zdarzenia. Największy rozbryzg krwi znajdował się pod koniec mostu. Ciężko było stwierdzić, czy powstało to przy uderzeniu czaszką, zszywaniu ust czy może wbijaniu haków, ale to ta ostatnia opcja wydawała się być najbardziej prawdopodobną detektywowi. Odłamek zęba w pobliżu centralnej części mógł należeć do sprawcy lub wisielca, za to oderwany kaptur już definitywnie należał do ofiary, która pozbawiona została swojej wierzchniej warstwy, pozostając jedynie w czarnej, satynowej koszuli o podwiniętych rękawach. 

Sama konstrukcja więcej powiedzieć nie mogła, tak więc Henrik zszedł z niej, kierując się w stronę, z której przyszedł. Mimo mnogości osób było to dobre miejsce obserwacji, a fakt, iż część studentów ulotniła się wraz z wybiciem godziny odpowiadającej pierwszym zajęciom, znacząco zmniejszył ilość bezużytecznej publiki.

Niewielka grupka kotłująca się wokoł taśmy od strony uczelni pilnie trzymała się swojego miejsca. Kawałek od niej stał, jak wydawać by się mogło po jego minie, znużony jegomość. Nawet jak na standardy norweskie, ubrany był wyjątkowo grubo i przypatrywał się całemu zdarzeniu z wielką pasją. Ze swojej kieszeni wyciągnął foliową torebkę, z której wysypały się ziarna, a wraz z tym działaniem białe ptaki rzuciły się w stronę pokarmu. Mężczyzna widząc to, rzucił im kolejną garść i kolejną, pozwalając na przepychankę między nimi, pełną głośnych skrzeków, z których słynęły rzekomo nieme łabędzie. Białe pierze przez chwilę zawirowało w powietrzu, a pojedyncze pióra wylądowały w brudnej wodzie. Prąd zniósł pierze na mulisty brzeg czegoś, co można było nazwać wysepką pośrodku płytkiego i zanieczyszczonego plastikiem oraz zgnilizną strumienia.

Gdy pokarm się skończył, zwierzęta na nowo rozniosły się po zbiorniku, pływając we wcześniej dobranych parach, często z pisklętami na grzbietach. Jedna z par udała się bliżej miejsca zbrodni, co wydawało się umknąć wszystkim wokół, za wyjątkiem Henrika oraz karmiącego nieznajomego, którzy bacznie przyglądali się poczynaniom dumnych ptaków. Gdy krzykliwe stworzenia zbliżyły się do ciała, od razu zaczęły karmić się ziarnami zwisającymi z siatek. To jednak nie potrwało długo, gdyż policja nareszcie odgoniła wyjadaczy poszlak. 

Larsen jeszcze chwilę przyglądał się zafascynowany dziwnym konstrukcjom na ciele ofiary, aż wreszcie znów postanowił przepchnąć się przez tłum studentów i policjantów. Kilkukrotne przepraszanie i upominanie się o odblokowanie drogi przysporzyło go o kolejny skok ciśnienia, przed czym od lat ostrzegał go jego lekarz. Doktor zawsze nazywał to zawodową chorobą detektywów, z czym nie mógł się nie zgodzić i sam Henrik – lata oglądania trupów i pościgów za mordercami odbijały się na jego zdrowiu. Cieszył się jednak, że jego oczy wciąż pozostawały na tyle sprawne, by zauważać drobne poszlaki niezauważalne nawet dla młodocianych pracowników jego wydziału.

Jednym z przedstawicieli takich żółtodziobów był Oliver Magnus. Ten trzydziestoletni detektyw początkowo był niezwykle obiecujący. Larsen dostrzegał w nim chęć nauki i szczególne oko do dowodów. Jednak i on, tak jak wszyscy jego poprzednicy, w końcu przestał słuchać. Dlatego stał teraz na tym mostku, tuż obok panny Eriksson, i popisywał się swoją wiedzą zdobytą niegdyś na praktykach. Jego pomoc była jednak żadna, patrząc na rozmierzwione włosy młodej kryminolożki i rumieńce na jej policzkach. 

– Wykonałaś zdjęcia tej plamy? – zapytał żółtodziób, teatralnie obchodząc jedną z wielu krwistych skaz na końcu mostu, zapewne zacierając jakieś ważne ślady. Wydawał się być wyjątkowo beztroski w swoich ruchach, zważywszy na to, jak blisko delikatnych poszlak się kręcił 

– Jakbyś mi pomógł, na pewno miałabym już to za sobą – oburzyła się Nora Eriksson, poprawiając nieudolnie związany kucyk. – Depczesz wszystkie dowody zamiast pomóc w szukaniu – złościła się rozemocjonowana.

– Powinnaś zabezpieczyć wszystkie dowody, zanim wyciągniemy trupa – pouczył ją Oliver, cmokając na widok kolejnej plamki krwi, która nie różniła się zbyt wiele od tej poprzedniej. 

– Czy możesz przestać? – krzyknęła niespodziewanie Nora, wyrzucając ręce w powietrze, co przestraszyło łabędzie pod mostem. – Przepraszam – dodała naprędce z pokorą, zdając sobie sprawę z obecności starszego detektywa.

– Wasze zachowanie nie pomaga wizerunkowi policji, choć już nawet teraz nie jest on dobry – rzucił niewzruszony Henrik i wskazał na zaskoczony tą kłótnią tłum. Nora i Oliver od razu wyprostowali się, jakby poczuli się nieswojo w towarzystwie doświadczonego kolegi. – Czy mogę dowiedzieć się czegoś o ofierze? – zagadnął mężczyzna, odchodząc od dotychczasowego tematu.

– To Emil Solberg. Lat dwadzieścia trzy – poinformowała go kobieta, odkładając na bok specjalistyczny aparat. – Student tej Akademii. Przyjechał do stolicy, by tutaj się kształcić. Jego przyjaciele twierdzą, że interesował się teatrem. 

– Zadatki na aktora miał – ocenił szczerze Larsen, wychylając się przez barierkę, by spojrzeć na zamordowanego studenta. – Ta buźka zapada w pamięć, a i ubranie rodem ze sceny.

– Wracał ze spotkania z dziewczyną. Stąd ta koszula – uściślił Oliver, ukrócając rozmyślania Henrika o teatrze. – Jego ukochana mieszka niedaleko, więc szedł na pieszo, jednak… – tłumaczył cierpliwie, lecz wtedy przeszkodziła mu energiczna Nora.

– Jednak wtedy ktoś go zaatakował, gdzieś w tym miejscu – objaśniła panna Eriksson, stając obok plamy przy skraju mostu. – Najprawdopodobniej stał oparty o barierki i ktoś zaszedł go od tyłu. Został uderzony czymś ciężkim w tył głowy i upadł na ziemię, o tutaj. – Tym razem Nora znalazła się przy większej kałuży krwi, która już i tak zastygła na betonie.

– Wspaniała dedukcja, tylko skąd ten potok krwi na końcu mostku? – dopytywał Larsen, sprawdzając wiedzę pozostałej dwójki, bo on sam już dawno doszedł do konkretnych wniosków. Jego zimny wzrok przeczył jednak tej wiedzy, wpatrując się w pannę Eriksson ze zniecierpliwieniem.

– Najprawdopodobniej morderca zabrał ze środka mostu ofiarę i zaciągnął ją bliżej tamtych krzaków – wysnuł wniosek Oliver, pokazując na ogołocone z liści krzaki przy dróżce. – Możliwe, że nie chciał, by ktokolwiek zobaczył zamordowanego człowieka na środku ścieżki. 

– Dlaczego brak więc śladów ciągnięcia dorosłego mężczyzny przez tak dużą długość? – spytał po raz kolejny Larsen, w duchu śmiejąc się z zakłopotania młodych.

– Na brzegu rzeki znaleźliśmy kurtkę Emila. Ma ślady krwi oraz ciągnięcia po chropowatej powierzchni. Najprawdopodobniej morderca zaciągnął chłopaka w ten gąszcz za jej pomocą i zostawił go tam na pewien czas, na co wskazuje ilość krwi na śniegu – zawyrokowała Nora, dość niepewnie zerkając na surową twarz detektywa.

– Czyli najpierw go schowano w krzakach, potem zrobiono z niego karmnik dla łabędzi i zawieszono na sznurze, a na końcu ktoś wyrzucił jego kurtkę do wody. Dosyć to… okrutne – stwierdził Larsen, oglądając jeszcze raz okolicę. Była ponura i ciemna, czyli idealna na nocne morderstwo. – Co to może oznaczać?

– Zbrodnia w afekcie? – odpowiedział pytaniem na pytanie Magnus.

– Najprawdopodobniej – zgodził się nareszcie bez ogródek Henrik, a na jego twarz wstąpił łagodniejszy grymas, chociaż był on jeszcze daleki od uśmiechu.

– Morderca zabił go w afekcie, schował w krzaki, by po coś pójść. Wrócił, położył z powrotem na moście, przerobił go na pokarm dla ptaków, zawiesił i posprzątał po sobie – zrelacjonowała po chwili namysłu Nora. – Dobrze rozumiem? 

– O to zapytasz się sprawcy, ale tak… Nie mamy tu do czynienia z profesjonalistą. Jednak trzeba przyznać, że nasz oprawca ma duszę artysty.

Henrik myślał tak na głos, schylając się po coś na krańcu mostu. Zardzewiałe pręty barierek także pokryły się rdzawą cieczą, co przyuważył, pochylając się nad betonową powierzchnią. Jednak to nie ten element interesował Henrika. Pokłady krwi leżące w innych miejscach były już wystarczająco mocnym dowodem. Jego uwagę przykuł o wiele bardziej naturalny element otoczenia. Rzeka i ptaki przyciągały zapewne wielu chętnych do karmienia łabędzi, co zapewne miało coś wspólnego z samym sposobem morderstwa. Młodzież uczęszczająca do Akademii pomimo studenckiego stylu życia była zapewne empatyczna wobec tych zwierząt. Artyści pewnie nieraz skłaniali się, by dokarmiać te królewskie ptaki żyjące tuż pod ich nosem. Dlatego nikogo nie zainteresowały okruszki chleba, które rozsypały się w paru miejscach na całej długości mostu. Nikogo prócz Larsena. Ten chwycił jeden z większych kawałków i obejrzał go na otwartej dłoni, snując przy tym niemrawe przypuszczenia. 

– To coś ważnego? Mogę to zapakować jako dowód – zaoferowała się panna Eriksson, stając obok Henrika.

– Ślicznie poproszę – odparł zamyślony detektyw, robiąc jej miejsce. 

Z okruszkiem w ręku odwrócił się plecami do Nory i Olivera, kończąc rozmowę. Nie zakończył jednak jeszcze sprawy. By tego dokonać potrzebny mu był jeszcze jeden spacer wzdłuż tej odrażającej rzeczki. Myślał intensywnie, przechadzając się z pochmurną miną między ciekawskimi spacerowiczami i podziwiał białe ptaki. Nigdy nie był miłośnikiem norweskich krajobrazów. Ten jednak prezentował się wyjątkowo szpetnie. Starał się zebrać myśli, gdy jego wzrok spoczął na długiej, pokrytej białym pierzem szyi łabędzia. Najstarszy osobnik ze stada ptaków płynął właśnie z uniesioną głową w stronę przeciwną do tragicznie artystycznego dzieła mordercy. Łabędź poruszał się na tyle wolno, że Henrik był w stanie zrównać swój krok z jego tempem. Na pozór zaintrygowany zwierzęciem szedł po niemal szarym śniegu, który nieprzyjemnie piszczał pod ciężkimi podeszwami jego butów.

– Widzę, że spodobał się panu – zagaił ktoś niespodziewanie, gdy Larsen doszedł do jednej z ławeczek ustawionej wzdłuż wybrukowanej ścieżki. 

Zamyślony detektyw uniósł głowę wyrwany z marazmu. Chwilę jeszcze poszukiwał wyblakłymi oczami właściciela melodyjnego głosu. W końcu natrafił jednak na postać grubo ubranego mężczyzny, który dotąd dokarmiał łabędzie, nie bacząc na działania policji. Tym razem zwrócił się on do detektywa, który zatrzymał się zaledwie metr od jegomościa w puchowej kurtce i kraciastym swetrze. 

– Przepraszam, troszeczkę się zamyśliłem – rzucił od razu Henrik, czując, jak wszystkie tezy dotyczące morderstwa uciekły mu z głowy na widok tajemniczego dokarmiacza ptactwa. 

– Nie ma żadnego problemu – odparł równie kulturalnie czterdziestolatek z ziarnami w dłoni. – Przyglądał się pan najpiękniejszemu okazowi. Idealny łabędź niemy – rozmyślał nieznajomy, nachylając się nad pomarańczowym dziobem ufnego ptaka. – Philip, swoją drogą. – Skinął delikatnie głową w kierunku mężczyzny.

– Henrik. – Spojrzenie detektywa subtelnie prześlizgnęło się po zwisającym ciele, skupiając się na zaszytych ustach. – Łabędź niemy… Coś więcej może pan o nich powiedzieć?

Młodszy z mężczyzn uśmiechnął się delikatnie, poprawiając puchaty szalik i odsunął się od brzegu, wsuwając dłonie w kieszenie. Po samej zmianie mimiki Larsen bezproblemowo mógł podejrzewać nowopoznanego o sporą znajomość tego ptactwa.

– Cygnus olor, jeden z piękniejszych gatunków ptaków zamieszkujących

ludzkie siedliska, nawet tak zawszone jak to przeklęte Oslo. Majestatyczne stworzenie. Da pan wiarę, że dorosły osobnik osiąga długość równą wysokości przeciętnej kobiety? A same w sobie skrzydła osiągają minimalną rozpiętość dwóch metrów? – Mówiąc to, ponownie nachylił się do brzegu, wyciągając dłoń do pierzastego zwierzęcia. Po chwili wyrzucił mu niepełną garść ziaren, w ciszy obserwując, jak ptak pośpiesznie zjadał nasiona. Dopiero po chwili ponownie zabrał głos. – Są ufne zwłaszcza w okresie godowym, kiedy to wszyscy najchętniej zbierają się w takich miejscach jak to. Te dwa maluchy – rzucił, wyciągając rękę w kierunku drugiego brzegu – mają na oko z osiem, może siedem miesięcy. Widzi pan ten szary puch? Jest on charakterystyczny dla młodych okazów. Prześliczne pisklęta, chociaż z roku na rok pojawia się coraz większy spadek liczby tego gatunku, więc może za jakiś czas nie będziemy mieli możliwości obserwowania ich.

– Co ma pan na myśli? – Konsternacja Henrika niemalże w ogóle nie zdziwiła Philipa, dlatego też od razu przeszedł do rzeczy.

– Ludzie, proszę pana, ludzie. A w szczególności tamci – dodał oschle, niedbale wskazując ręką w kierunku uniwersytetu. – Dokarmiać łabędzie to każdy chce, ale mało komu chce się dowiedzieć, czym można je karmić, a czym nie. 

– Chyba dalej nie wiem, o czym pan mówi.

– Chleb, bułki, bagietki, drożdżówki. Tym wszystkim karmią je studenci. 

– Coś w tym złego? – mruknął luźno Henrik, pocierając kciukiem i wskazującym palcem wierzch dłoni, zagłębiając się w swoje przemyślenia. Mężczyzna obrócił się w kierunku detektywa, mierząc go pobłażliwym spojrzeniem.

– Każda próba dokarmiania ich pokarmem nieprzeznaczonym do tego, może skończyć się ciężkimi konsekwencjami dla ich zdrowia. Ich pióra stają się przerzedzone, są o wiele słabsze fizycznie i nawet nie mówię o problemach przewodu pokarmowego, jakie je spotykają po takich posiłkach. Ile by się nie tłumaczyło, wszyscy dalej to samo. – Końcówkę wymówił bardziej do siebie, niżeli w kierunku pięćdziesięciolatka. 

Zapadła cisza przerywana rozmowami rozjuszonych studentów. Larsen w spokoju wrócił do obserwacji oddalonych zwłok, zaś Philip wyciągnął trzeci już woreczek z pokarmem dla łabędzi i ponownie zajął się swoją ulubioną formą spędzania czasu. Ten pozorny spokój trwał niemal kwadrans, a ostatecznie przerwany został przez odchrząknięcie siwiejącego mężczyzny.

– Często musi pan tłumaczyć takie rzeczy?

– Codziennie, często parę razy dziennie. Ba! Bywają dni, gdy muszę tłumaczyć to tym samym ludziom, bo raz do nich nie dociera – odparł agresywnie czterdziestolatek, niedbale wciskając pusty woreczek do kieszeni. 

– Domyślam się, że to młodzież jest najbardziej odporna na uwagi – wymamrotał Henrik, rozglądając się po okolicy. 

Z minuty na minutę ubywała ilość gapiów, pozwalając służbom prężniej pozyskiwać informacje. Dodatkowo na miejsce przyjechał kolejny wydział, a rozglądające się nowoprzybyłe osoby były zupełnie niepodobne do osób znanych Larsenowi, toteż porzucił myśl, aby oderwać się od napiętej rozmowy.

– Zgadza się. A Emil był z nich wszystkich najgorszy. – Philip przestąpił z nogi na nogę, spoglądając na detektywa, który w tej właśnie chwili uniósł wysoko jedną z gęstych brwi.

– To znaczy?

– Można mu było tłumaczyć godzinami, a ten nic. Potrafił nawet specjalnie na raz wyrzucić wszystko do wody i po prostu odejść. Nic do niego nie przemawiało. – Głos Philipa pod koniec lekko ochrypł od uszczypliwej formy wysławiania się, co wywołało u niego ciężkie chrząknięcie.

Larsen słysząc charakter wypowiedzi oraz sam ton, jakim posługiwał się czterdziestolatek, zmrużył delikatnie oczy, przesuwając spojrzenie w kierunku gruntu. Szare oczy skakały z mieszaniny śniegu i błota do ciała. Były to może pochopne podejrzenia, zważywszy na okoliczności i fakt, iż tylko głupiec mówiłby takie słowa przy służbowym. Niemniej jednak detektywowi zapaliła się czerwona lampka. 

Mężczyzna wyjątkowo nie przepadał za studencką częścią odwiedzających te rejony. Dodatkowo sam jawnie przyznał się do niekorzystnych relacji z ofiarą. Głupie? Nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji? A może zwyczajnie był zbyt wygadany? Ciężkie do określenia jak na tak krótką rozmowę. Faktem jednak było, iż znał się na zwierzętach, a zwłaszcza na ciągle przewijającym się między myślami gatunkiem. Ornitolog lub zoolog, któraś z tych opcji musiała być bliska prawdy. 

Motyw dla Philipa teoretycznie istniał, ale czy ktoś byłby zdolny zabić kogoś w tak brutalny sposób z tak błahego powodu? Nawet jeśli nie, to warto było go przesłuchać.

Henrik cicho westchnął, odwracając głowę w kierunku pomostu. Praktycznie od razu złapał kontakt wzrokowy ze znajomym mu funkcjonariuszem. Po lekkim skinięciu głową, mundurowy ruszył w ich kierunku, co zostało przeoczone w pierwszej chwili przez podejrzanego. 

– Wiesz, co robić. – Głos Henrika przybrał swój standardowy zimny odcień. – Zostajesz aresztowany – dodał po chwili, wyciągając odznakę, na której widniały ślady wieloletniego użytkowania. Komisarz wyjął z kieszeni parę kajdanek i skuł nimi spokojnego jak na okoliczności czterdziestolatka. Nie stawiał on oporów, a nawet wzruszył ramionami widocznie niezainteresowany całym zajściem. – Zawieź go na komisariat i przekaż Alexowi, aby zajął się przesłuchaniem. Całą dokumentację będzie miał na biurku za dwie godziny. 

Dwójka odeszła, pozostawiając detektywa samemu sobie i jego rozważaniom. Jeden podejrzany do przesłuchania to zdecydowanie zbyt mała ilość aby wysunąć jakieś racjonalne wnioski, ale zawsze było to coś. Prawdopodobnie część mieszkańców okolicznych budynków, jak i sami znajomi ofiary mieli pojawić się dziś, jutro lub za tydzień na przesłuchaniach. Oczywiście wszystko to było zależne od widzimisię leniwej policji, aczkolwiek ten fakt nie należał do jego dalszych problemów.

Nora, widząc przechodzącego obok pasjonata łabędzi w asyście stróża, posłała Olivierowi zdziwione spojrzenie, które szybko zostało odwzajemnione. Ich wzrok szybko jednak przeszedł na śledczego. Kobieta bez wahania ruszyła w jego kierunku, wpychając dokumentację w dłonie mężczyzny z tyłu. 

– Co ty robisz? – Rzuciła bez ogródek, będąc niecałe trzy metry od Henrika.

– Czy nie mówiłem już pani, że nie jesteśmy na ty? – Wzrok umiarkowanego rozdrażnienia w akompaniamencie uniesionych brwi przeszył kobietę, wywołując u niej lekkie odchrząknięcie.

– Co pan robi?

– Szukam podejrzanych, panno Eriksson – odparł detektyw, wyciągając z kieszeni pogniecioną paczkę papierosów razem z zapalniczką. 

– Poprzez aresztowanie losowo napotkanych przechodniów, jak mniemam? 

– Poprzez dedukcję poprzedzoną wcześniejszą rozmową. – Końcówka papierosa zaiskrzyła się od płomienia. Mimika kobiety jasno wskazywała na to, iż oczekiwała ona rozwinięcia tej skąpej myśli, a z czym nie spieszył się pięćdziesięciolatek. 

Gdy dołączył do nich Olivier, uprzednio pozbywając się teczki, najprawdopodobniej oddając ją w kolejne ręce, Henrik wypuścił dym z ust, który z wiatrem uderzył w twarz Eriksson. Zdegustowana, odsunęła się od duszącej smugi, rzucając pełne poirytowania spojrzenie Larsenowi, co spotkało się z pełnym politowania wzrokiem Magnusa.

– A więc? Zamierza nas pan oświecić, dlaczego postąpił pan tak, a nie inaczej? – Przestąpiła z nogi na nogę, poprawiając kurtkę poprzez przeprasowanie jej dłońmi wzdłuż ciała. 

– Miał motyw. Głupi, bo głupi, ale miał. A to czy faktycznie jest on sprawcą czy nie to inna kwestia, którą zajmie się reszta na przesłuchaniu.

– No tak, ale jaki konkretnie miał powód? – wtrącił się Olivier, wysuwając się odrobinę do przodu, nie dając tym Norze szansy na zabranie głosu, jak i również zasłaniając jej widok na detektywa swoją osobą. 

Ponownie zapadła gęsta cisza, przerywana zaciąganiem się mężczyzny. Henrik, jak gdyby nigdy nic, zdecydował się odejść parę metrów, aby w spokoju dopalić papierosa będącego już na wykończeniu. Dwójka powędrowała za nim, nie odstępując go nawet na metr. Ze znudzoną miną Larsen usiadł na starej ławce i wyciągnął nogi, krzyżując je w kostkach, zupełnie przy tym ignorując istnienie młodzików. 

– Facet nie potrafił zdzierżyć, jak ktoś karmił łabędzie czymś innym niż ziarnami. Zwykły fanatyk. Wspomniał również, że najbardziej przeszkadzali mu studenci, do których nie docierały żadne słowa. A Emil miał być z nich wszystkich najgorszy. Co miał przez to konkretnie na myśli, to panu nie powiem, ale pewnie na przesłuchaniu to wyjdzie. Ważne dla państwa jednak jest to, że może być on związany ze sprawą i nawet jeśli nie miałby oczywistych powiązań, to zawsze może wiedzieć coś, czego my nie wiemy. 

Olivier i Nora, słysząc rzekomą argumentację detektywa, jedynie spojrzeli na niego niezrozumiale. Kobieta ocuciła się pierwsza i kręcąc głową, odeszła, kierując się w stronę mostu. Magnus widząc to, posłał przepraszające spojrzenie Larsenowi, po czym ruszył za Eriksson. Z jego ust niemal natychmiast popłynęły cierpkie słowa mające na celu wywołanie kolejnej wrzawy między nimi. Charakterystyczna gestykulacja jego rąk towarzyszyła mu przy tej dalekiej od spokojnej rozmowy wymianie zdań, kiedy zrównali ze sobą pośpieszny krok. Oczywiście całe to zajście zostało jedynie skwitowane machnięciem ręki przez pięćdziesięciolatka oraz lekkim uśmiechem na jego twarzy. Każdy tak reagował na tego typu przypadki, co wprawiało go w rozbawienie, gdyż najczęściej towarzyszyła temu jego racja.

Oczywiście, postawa podejrzanego wydawała się irracjonalna, ale mimo wszystko Larsen widywał już zabawniejsze przypadki. Ten najprawdopodobniej nie dbał o nic, a samo w sobie przestępstwo miało mieć symboliczny wydźwięk. Patrząc, jak traktował karmiących ptactwo, chciał dać im nauczkę, która na długie miesiące zapadłaby im w pamięć. Możliwe, że chodziło o coś jeszcze, ale teraz nie było to istotne. 

Najbardziej nielubianą przez niego grupą byli studenci, a więc pewnie i wśród nich znalazłyby się jakieś osoby, które byłyby w stanie nakreślić coś więcej. Dodatkowo pozostawało mieszkanie do przeszukania mające albo do powiedzenia najwięcej poprzez oczywiste dowody na jego winę, albo najmniej, gdy jednak okaże się, iż nic z domowego wyposażenia nie byłoby w stanie pomóc w przeprowadzeniu tak finezyjnego morderstwa. Okolica również należała do głównych punktów obserwacji policji przez następnych parę, może naście dni w zależności od tego, jak bardzo będzie im się chciało wychodzić na mróz i szukać igły w stogu siana.

Ale to było nieważne, trzeba było jeszcze zaprosić połowę znajomych i samą dziewczynę Emila na komendę, co raczej nie należało do najszybszych działań. Z tego też powodu detektyw wyjął kolejnego papierosa, w nadziei na dostrzeżenie kolejnej osoby, którą ewentualnie mógłby przepytywać. Wszystko, byle nie studenci.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *