Nocny monolog

Promienie słońca najdłuższego dnia w roku uciekły niecałe dwie godziny temu, razem ze wszystkimi chmurami. Niebo było krystalicznie czyste, a pasmo drogi mlecznej rzucało się w oczy, gdy tylko ktoś wyszczubiający nos za granice domostwa raczył unieść głowę. Cisza jednak była znikoma. Odgłosy sąsiadującego miasta nawet tak późną porą dawały się we znaki, choć było to niczym w porównaniu do muzyki puszczanej gdzieś w oddali przez uwolnioną od ciężaru plecaków bandę nastolatków. Hałas ten odganiał myśli, burząc ich delikatną strukturę, dlatego też albo ludzie zamykali się w swoich czterech ścianach, albo uciekali w dal. 

Tę drugą opcję wybrała szesnastoletnia dziewczyna, wychodząc z domu bez wiedzy rodziców. Bez chwili zawahania i szybkim krokiem skierowała się w przeciwną stronę do świateł miejskich, chowając dłonie do kieszeni szarej bluzy. Kaptur na jej głowie zasłaniał połowę jej widoku, kiedy do schyliła głowę, wbijając spojrzenie w kamienną drogę. Nie bała się konsekwencji tej ucieczki dzięki znajomości sennej rutyny, który towarzyszył dorosłym, z którymi przyszło jej mieszkać. Nie pierwszy raz wychodziła i nie ostatni zostanie to niezauważone.

Będąc na miejscu, zdjęła z siebie bluzę, następnie kładąc ją na rozgrzanym po całym dniu asfalcie zamkniętej z obu stron drogi. Położyła się na prowizorycznym posłaniu, poprawiając przy tym swoje włosy. Z zamkniętymi oczami zaczęła wsłuchiwać się w pozbawione ludzkiej ingerencji odgłosy tego spokojnego otoczenia. 

Liczne świerszcze odgrywały swoje serenady, robiąc tym konkurencję dla znudzonych, rechoczących żab. Niewielkie stadko saren maszerowało wzdłuż lasu, ugniatając pod sobą glebę i płosząc zające, które w popłochu uciekały się do wędrówek na pozostawione samemu sobie pola. Szum wiatru kołyszącego się pośród wysuszonych dziennym słońcem traw i krzewów obijała się o uszy, a rzeka w oddali rzucała swoimi smukłymi fala o pokryte naroślą kamienie. 

– Brakowało mi tej ciszy. – Rzuciła, otwierając po dłużej chwili oczy zaspane oczy. Wodziła swoim spojrzeniem po nieboskłonie, szukając swoich ulubieńców w ich konstelacjach. – Brakowało mi też was. – Mruknęła ciszej, zawieszając swoje spojrzenie na Denebie, który w spokoju migotał jasnym światłem. Altair był kolejnym punktem zaczepienia jej zmęczonych źrenic.

Skakała wzrokiem między tą dwójką, uśmiechając się pogodnie. Nikt jej nie odpowiedział, co było normą, ale mimo wszystko czekała tak jakby faktycznie ktoś coś do niej mówił. Wsłuchiwała się w ciszę, szukając tam nieoczywistego powitania ze strony jej ulubieńców i takowe otrzymała, kiedy to oboje zaczęli błyszczeć odrobinę żywiej. 

Obserwowała również inne blade kropeczki, które z jej perspektywy wołały o odrobinę uwagi dziewczyny. Każdy z tych pięknych tworów przysparzał ją o rumieńce i uniesione kąciki ust. Każdy był inny i wyjątkowy, a to było dla niej najważniejsze w ich istnieniu – niepowtarzalność.

– Tak se. Nie wiem, co innego mogę wam powiedzieć. Cały poprzedni tydzień był tragiczny, a ten może będzie trochę lepszy, może nie, ciężko określić Pozostaje mi czekać. – Rozłożyła dłonie na boki, odchylając głowę w swoją prawą stronę. Białe punkciki migotały między sobą, tak jakby wspólnie chciały jakoś jej doradzić. Na nic jednak zdawały się ich wyimaginowane próby dogadania się, gdyż cisza trwała za długo. – Mniejsza z tym. Jak wy się czujecie? – Stratne pytanie padło z ust nastolatki, szybując do adresatów. Widząc, jak dwie gwiazdy stabilnie utrzymywały się w swoich pozycjach, uznała, iż jakakolwiek odpowiedź by to nie była, będzie ona pozytywna. One zawsze żyły w swoim spokojnym ładzie, a jedynymi ciężkimi dla nich chwilami, były ostatnie lata ich istnienia. Choć nawet ich koniec dawał nadzieję dla ich następców.  

Do szeptów nocnych obserwatorów dołączyła Vega. Towarzyszka dwójki, z którymi w okresie letnim lubiła dyskutować. Z politowaniem spoglądała na planetę, a z troską wypatrywała tą jedną zbłąkaną duszyczkę. Jej blask może nie był tak silny, jak poranne słońce, ale wystarczający, aby ponownie podnieść głowę dziewczyny i zagarnąć jej myśli.

Cisza tym razem nie była tak pusta, jak poprzednio. Powolna gra światłem spokojnej Vegi, oderwała nastolatkę od wszystkiego wokół, a ta w swojej głowie spowiadała się jej z ostatnich dni, wyciągając na wierzch swoje wszystkie odczucia i przemyślenia. Gdyby nie pieczenie powiek, zapomniałaby nawet o mruganiu pochłonięta tę jednostronną rozmową. Każdej najmniejszej myśli towarzyszyły spojrzenia Deneba i Altaira, którzy co jakiś czas przypominali o sobie. Im również opowiadała o wszystkim. 

Refleksje wypływały z jej myśli, dążąc do porozumienia ze świetlistymi olbrzymami. Ta noc mogłaby dla niej trwać wiecznie, ale nadeszła burza, która zakończyła tą rozmowę, oddzielając ich i zmuszając dziewczynę do powrotu do domu. 

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *