Nokturn

W tle gra Gymnopedies #1 Erika Satie. Czuję już ten duszący, przytłaczający aromat jesiennych liści; niebo jest zawieszone gdzieś między srebrem a brązem. Odbarwiają je chyba światła zapalonych przed chwilą latarni lub wydobywające się zza witryn sklepowych cynamonowe przebłyski. Nieważne. Tata trzyma mnie za dłoń. Tramwaj nieomal tratuje przechodnia, wgapia się w niego policjant. Depczę po przegniłych liściach. Tata wpatruje się we mnie kątem oka, zauważył pewnie przy tym, jak wchodzę co chwila w kałuże. Wreszcie, przy ławce, przykuca.

“Przeziębisz się tylko” Mówi, zapinając mi kurtkę. “I będziesz miała zabłocone spodnie, a prałem je ledwo wczoraj.”

Milczę. Idziemy dalej.

Mijamy kolejne sklepiki i restauracje i bank i tata się zatrzymuje, wita się ze znajomym. Ja też się z nim witam, bo tak wypada. Tata mi mówi, że znam tego pana, że widziałam go nawet na… I znajomy taty odchodzi. Tata znów na mnie spogląda. Nic do siebie przez chwilę nie mówimy, ściskam mocno na jego palcu swoją dłoń. Swoje szare oczy mam właśnie po nim.

Wychodzimy na plac przed katedrą. Te białe kartki na tablicy którą mijamy są już mokre, część z nich wyblakła, a część zerwał pewnie wiatr. Spinacze wbite w zmurszałe drewno łapią jedynie krople i rdzewieją. Tata widzi, że ciągle stoję przed tablicą, olśniona jak obrazem Pissarra.

“Co powiesz na precla?”

Kiwam głową, oblizując usta.

Zawsze, gdy wychodziliśmy i przechodziliśmy koło stacji, tata kupował nam precle. Byłam wtedy mała – zawsze próbowałam zdjąć zębami z ciasta te kryształki soli. Stacja nie jest tak daleko od katedry, dzielą je dwie i pół przecznicy kroków nigdy nie liczyłam. Nie lubię przechodzić przez pasy, szczególnie w te ulewne dni. To dlatego, że boję się, że kiedyś zdarzy mi się przewrócić i zgubić buta w studzience, a woda biegnie ulicami nurtem jak w korycie rzeki, przez co nie jest to wcale tak niewiarygodne. Deszcz na około huczy jak gotowanie taty, na tyle głośne, że słyszę je nawet u siebie w pokoju. Tata dopiero uczy się gotować. Nie narzekam, ale wolałam, gdy zamawiał jedzenie na wynos. Narzekał zawsze, że jest chłodne (mieszkamy na brzegu miasta), ale przynajmniej nie było przypalone.

Peron tramwajowy jest ciepły i pusty. Lubię to miejsce, bo gdy tu przychodzimy tata zaciąga mnie zwykle w nieznane mi wcześniej zakamarki. Zastanawiam się czasem, czy po prostu zapominam o tych starych, przez co wszystko wydaje się takie nowe. Jadłam już na pewno ciepłe pierniczki, te z lukrowymi twarzami, i kukurydzę, która poparzyła mi język. Najbardziej lubię natomiast właśnie precle. Ja – z solą, tata – z makiem. Tym razem ja również skusiłam się na precle z makiem. Zmiana, teraz w tle gra Łabędź Saint-Saëns. Tata siada naprzeciwko mnie i zaczynamy chrupać swoje precle.

“Nie będziesz po tym najedzona, co?” Pyta, zamyślony.

Kręcę szybko głową.

“Rozumiem”, zarzuca nogę na nogę. “To może weźmiemy coś jeszcze z tej naleśnikarni? Pamiętasz chyba z której?”

Zgadzam się.

Tata wyjmuje z torby książkę, dość grubą, bo Wahadło Foucaulta Eco. Ja zaczynam liczyć barwiące czarne, nocne niebo latarnie, które mijamy po drodze. Strasznie nie chcę zasnąć, ale czuję, że oczy mi się powoli zamykają. Wlepiam więc wzrok w kolorowe plakaty wiszące na kolejnych budynkach. Wyglądają przez nie jak rysowanki (z których już wyrosłam). Próbuję złożyć litery, rozpoznać twarze, zaczynamy naprawdę szybko jechać. Nie mija chwila, a jesteśmy na miejscu.

Jesteśmy już blisko naszej ulicy, tylko musimy jeszcze zahaczyć o naleśnikarnie – mimo precla, ciągle burczy mi w brzuchu. Nie mogę się jednak na miejscu zdecydować, które chciałabym spróbować – nie pamiętam nawet, które już jadłam. Tata w końcu wybiera te z serem kozim. Czekamy chwilę aż wreszcie dostajemy kolację, przy czym tata zamawia jeszcze kawę. Wychodząc, mamrocze coś o tym, że będzie musiał trochę popracować przez noc.

Wchodzimy do domu. Tata nalewa mi soku jabłkowego i siadamy do stołu, twarzą w twarz. Nigdy tak wcześniej nie siadałam, ale skłamałabym mówiąc, że nigdy tak nie chciałam. Tata się przy tym uśmiecha i mówi, że przyjadą do nas dziadkowie na Wszystkich Świętych. Pamiętam, jak gotuje babcia – więc cieszy mnie ta informacja.

Nie jest tak późno, ale myję po kolacji zęby. Tata mówi, że z chęcią pomógłby mi się pouczyć, ale znowu wspomina coś o pracy, więc prosi mnie, żebym wcześniej poszła spać. Godzę się w końcu i idę pod prysznic.
Kiedy wychodzę z łazienki, tata tłumaczy mi, że zastanawia się, czy może nie pojechalibyśmy do dziadków na święta w formie rewanżu. Byli już u nas przecież niedawno, a teraz mają przyjechać znowu. Jestem zbyt zmęczona by to jakkolwiek rozważyć, więc kiwam tylko głową i mówię, żeby mnie rano obudził. Już pojutrze poniedziałek.

Ale robi mi się smutno przed snem. Chcę wyjść z pokoju do taty, odchylam nawet drzwi i słyszę, jak klepie na klawiaturze, słuchając (pewnie jednym uchem) programu informacyjnego w telewizji. Nie chcę mu przeszkadzać, więc wracam do pokoju. Paręnaście minut spędzam ze zmrużonymi oczyma, ale nadal nie mogę zasnąć.

Sama siadam w końcu do biurka i zaczynam bazgrać coś na kartce. Przypominam sobie katedrę, przypominam sobie tamtą mszę – rysuję ją mazakami. Panów w czarnych garniturach i panie w sukniach o ciemnych kolorach. Ale nudzę się szybko. Z myślą, że mogłoby mi to pomóc się położyć, wskakuję znów do łóżka, ale nadal mi nie idzie. Martwię się, że tata zobaczy mój rysunek. Znów biorę kartkę, próbuję coś na niej narysować, chyba te twarze z plakatów… Na nic. Łzy mi zaczynają ściekać po brodzie, kapią na papier, rozmywając rysunek. Przez chwilę udaje mi się nawet powstrzymać łkanie.

Tata wchodzi. Siada przy mnie na łóżku, obejmuje mnie. I sam zaczyna płakać.

Upuszczam kartkę.

Napisy końcowe. Nocturnal Waltz Johannesa Bornloefa. Kamera powoli unosi się z naszych twarzy, ucieka z pokoju, jakby przez okno. Dokładnie tak pamiętam te tygodnie po Jej pogrzebie. Nie wiem, czy chciałabym pamiętać więcej. Pamiętam tylko jeden dzień – nie chcę nawet mówić o “tym jednym dniu”, bo wiem przecież, że akurat tego dnia nie było. Ale nie umiałabym w żaden inny sposób ułożyć w swojej głowie tych fragmentów.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *