Pomiędzy wspomnieniami

Blade słońce zachodzi nad okrytymi jesiennymi szalikami lipami. Niepozorne promienie odbijają się niemrawo od starannie wymytych, marmurowych płyt. Brązowe liście szumią nad moją głową i chrzęszczą pod moimi ciężkimi podeszwami. Radośnie skaczące po brukowanym chodniku wróble i sikorki raz po raz wykrzykują coś do siebie, pijąc wodę z pobliskiej kałuży. Są tak zajęte figlami, że nie odstraszył ich nawet śpieszący się gdzieś mężczyzna z czarną aktówką. Lekko siwiejący czterdziestolatek w długim płaszczu właśnie wychodzi z miejscowego cmentarza po wizycie na jednym z kilkuset grobów znajdujących się na ogrodzonym wysokim płotem terenie.

Mój wzrok zatrzymuje się na grubych prętach bramy, która odtrąca swym wyglądem potencjalnych gości. Lustruję najbliższą okolicę, licząc pojedyncze osoby sprzątające coś na nagrobkach bliskich zmarłych. Niedaleko miejsca, gdzie znajduje się drewniana ławka, na której siedzę, starsza pani krząta się wokół szarego pomnika. Żółte chryzantemy w wysokich wazonach i różnobarwne znicze zdają się być niby piękne, lecz nie bije od nich nic więcej niż smutek i powaga. Tak samo wygląda każdy pochówek. Każdy dotyczył innego, na swój sposób wspaniałego człowieka, więc dlaczego wszystkie są identycznie udekorowane? Żaden z nich nie pokazuje natury tej osoby, której cząstka nadal ma się tam znajdować. Kwiaty i ich kolory są przypadkowe, tak samo jak kształty stroików i innych ozdób. Nie ma posadzonych przy grobach ulubionych roślin zmarłego. Jak ta osoba mogłaby czuć się w tym miejscu dobrze? Jak mogłaby tu żyć, nawet jeśli by wciąż istniała? 

Spuszczam wzrok na moje czarne buty, które trącają szare kamyczki, obijające się o siebie z cichym grzechotaniem. Po raz kolejny siedzę tu nic nie mówiąc. Jedynie zastanawiając się nad ludźmi, którzy z taką drobiazgowością układają na chłodnych marmurach drogie znicze. Nie ma tu już ich bliskich, o czym mówi nawet ich własna religia, a oni wciąż spoglądają na zimny kamień, jak na członków swoich rodzin. Spoglądając na złote litery, układające się w tak dobrze znane mi nazwisko, nie czuję tu obecności tak bliskiej mi osoby. Chyba powinnam czuć, że stoi obok mnie i też wpatruje się w miejsce, gdzie ją pochowano? Ale ja nie czuję nic. Konstrukcja z szarych płyt zawsze nią pozostanie, nie ważne jak wiele razy ktoś napisze na niej to dźwięczne imię. Nigdy nie zobaczę jej z powrotem, mimo że tak mocno tego pragnę. Nic, żadna modlitwa, nie przywróci mi dotyku jej ciepłych dłoni. Jej gorącego oddechu na mojej szyi, gdy śpiewała mi kołysanki, gdy bałam się wzburzonego głosu burzy. Jej mądrych słów pocieszenia po każdym złośliwym komentarzu ze strony dzieci z przedszkola. Jej delikatnego uścisku po kolejnej szkolnej porażce, ale i łez szczęścia po kolejnym licealnym sukcesie. Czy ktoś jest w stanie popatrzeć w moje załzawione oczy i powiedzieć, że ona siedzi na tej dębowej ławeczce obok mnie lub spogląda na mnie, pochylając się między chmurami? Czy choć jedna osoba powie to bez zawahania, widząc że przestrzeń obok mnie jest nadal pustką? Jak mam uwierzyć, że Ktoś siedzi na wielkim tronie i się nami opiekuje, skoro teraz już nie czuję na sobie bacznego, troskliwego wzroku nikogo? Kto mógłby mieć prawo wpływać na nas i nasze wybory, które przecież musimy nieraz popełnić, by czuć się po prostu sobą? Skąd mam wiedzieć, że taki Ktoś istnieje, skoro chce świata idealnego, a my wciąż wszystko umyślnie psujemy?

Nie mogę wierzyć w sprawiedliwość tego Kogoś, skoro najżyczliwsza i najbardziej pomocna osoba na świecie umarła, choć istnienie należało jej się o wiele bardziej niż wszystkim innym, którzy teraz cieszą się swoim życiem. Niepotrzebne są stosy świecących po zmroku zniczy i tuziny ciętych kwiatów. Ważne jest tylko, by ktoś raz na jakiś czas pomyślał o niej. Nie trzeba wspominać tylko tych cudownych chwil. Wystarczą tylko te prawdziwe wspomnienia, w których była sobą. Skoro tak wygląda najpewniejsza sprawiedliwość osoby boskiej, to dlaczego mam wierzyć w Coś, co kara dobrych za ich dobroduszność, a nagradza złych za ich występki? 

Wstaję więc pewnie, wyciągając z długich, kasztanowych włosów drobne liście spadające z pobliskich drzew. Jeszcze raz omiatam cmentarz spojrzeniem pełnym sceptycyzmu. Zdecydowanie jest to miejsce ludzkich wątpliwości. To tu każdy wierzący zastanawia się nad tym, czy ich Bóg przemyślał dobrze swoją decyzję. Ja jedynie współczuję tym ludziom tego, jak naiwni potrafią być, nadal spoglądając z nadzieją w to szare niebo. Życie zaczyna się z jakiegoś powodu, więc musi się i z jakiegoś kończyć. Istnienie człowieka nie jest nieskończoną prostą. Musi być więc krótkim odcinkiem, który zatrzymuje się jedynie w pamięci naszych najbliższych. 

Dlatego oddalam się, błądząc między nagrobkami i zerkam na nie wzrokiem pełnym odrazy. Dlatego mijam starą bramę otwartą na oścież. Dlatego znów zwracam swe kroki do normalnego, niesprawiedliwego życia, które kiedyś się zakończy, ale póki co jest, by się nim cieszyć i pisać je według własnych zasad.

To opowiadanie ukazało się w czasopiśmie literackim „Pegaz Lubuski” w 2019 roku (nr 4).

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *