Ruiny Ambicji

Wędrowałem razu pewnego 

po pustyni marzeń, 

snów swoich niezrodzonych, 

obróconych w ruinę, 

jakoby faraońskie twarze 

skąpane w blasku cienia 

pamięci utraconej chwały. 

Tak jak on, jam miał być. 

Ozymandias. 

Jam miał być król królów. 

Jam miał zbudować miasto 

snute pychą i ambicją 

z kamieni annałów, 

z których miała wznieść się 

wieża – me dziedzictwo, 

Dom mych dzieł, dokonań. 

Rosły ponad niebo tron 

mój nad Ra – Słońce wysoki. 

I tak w perzynę obrócone 

wsze me imperium. 

Przez piasek pochłonięte, 

co jak morska fala 

przed żadnym rozkazem nie klęka. 

Tylko to Słońce czarne, 

zaćmione, bezbożne, stoi, 

nie chwiejnie, nad snów pustynią 

i w twarz mi się śmieje 

swym ciemnym głosem. Mówi: 

Ty jesteś Topkha, niewolny wśród sług! Słaby! 

Patrz na swą schedę i przez swą niemoc giń z rozpaczy! 

I wokoło jedynie pustkowie zostało, 

gdyż nic się nie wniosło. 

Jedynie żar nie boskiego Słońca, 

przyćmionego smakiem życia. 

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *