Sarna

Ogromna szyszka spadła z sosny wprost na zieloną ściółkę. Podniosła głowę i sprawdziła, czy nikt się nie zbliżał. Brązowe jasne futerko połyskiwało w słońcu, gdy spokojnie mijała potężne drzewa. Nie oglądała się za siebie. Droga z tyłu była już przeszłością, która nie miała znaczenia.

Jesień powoli ogarniała przydrożny las. Kolorowe, spadające liście otulały zielony mech. Środek puszczy, do którego cywilizowani ludzie bali się zaglądać, nie stanowił dla niej żadnego zagrożenia. Można by rzec, że był jej naturalnym środowiskiem. Sposób w jaki się poruszyła, wprawiłby niejednego w zadumę, chociaż widywano ją z daleka bardzo często.

W pewnym momencie gałązka pod moimi stopami połamała się z trzaskiem. Wtedy obróciła głowę w moim kierunku i ogarnęłam, że mnie zauważyła. Przestraszone, czarne ślepia wpatrywały się w gęstwinę krzaków, w której jakimś cudem, jeszcze się ukrywałam. Nie byłam pewna, czy widziała dokładnie gdzie jestem. Malutki pyszczek i nastroszone uszy zdecydowanie mnie urzekły. Nie chciałam, żeby uciekła chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że zaraz ze stanu bezruchu przejdzie w stan ucieczki.

I tak też się stało. Zaczęła biec w przeciwnym kierunku z charakterystycznym, cichutkim odgłosem kopyt, mimo że ominęła wszystkie przedmioty, które mogłaby wydawać jakikolwiek dźwięk. Biały ogonek zniknął za drzewami.

Ogarnął mnie dziwny smutek, bo chociaż nie przepadałam za leśnymi zwierzątkami i miałam swoje obawy co do ich zamiarów, to znów byłam sama pośród umierającej zieleni.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *