Sen pierwszego grudnia

Poniedziałek, godzina 23, ostatni dzień listopada.

Poczułem się bardzo zmęczony. Myśli prędko nadchodzących świąt, podbijały tylko atmosferę poniedziałkowej smuty. Przecież nie mam jeszcze kupionych prezentów. Mętlik w głowie przerywany był głosem przyjaciółki, szepczącej mądre słowa przez telefon. Wspominała coś o fazach snów i tym, że warto się porządnie wyspać. Powinna się na tym znać skoro jest na specjalizacji biologiczno-chemicznej, ale jakoś mało mnie to obchodziło. Wystarczał fakt, że śpię, a nie uczucie, że wszedłem w drugą czy trzecią fazę snu. Życie to nie „Incepcja”, by wkradać się na kolejne poziomy podświadomości. Jednak miała w tym wszystkim trochę racji, ponieważ byłem okrutnie zmęczony. Pożegnałem się z nią paroma ciepłymi, słodkimi słowami i wskoczyłem pod chłodną kołderkę tuż obok otwartego okna. Chłód bijący z dworu uprzyjemniał tylko doznania z powolnego tracenia kontaktu ze świadomością i światem.

Leżałem tak około trzy godziny, bez skutku próbując wpaść w objęcia Morfeusza. Co jakiś czas obracałem się z lewego boku na prawy, tak jakby miało to coś zmienić w prędkości zasypiania. Moje zmysły były ekstremalnie wyczulone na otaczające bodźce. Choćby mała lampka z podwórza potrafiła mnie wytrącić z mikro letargu. Ten styl spania można nazwać „czuwaniem”. Twoje ciało zachowuje się tak, jakby miało nocną wartę nad otaczającym światem. Nagle usłyszałem bicie dzwona kościelnego. Uderzył tylko raz, ale tak dosadnie, że poczułem zimny dreszcz przeszywający całe ciało. Zaciekawiło mnie to. Dlaczego ktoś o drugiej nad ranem uderzył w dzwon kościelny? Wstałem z łóżka i spojrzałem przez zamarznięte okno. Przez ciemną ulicę, przechodził skąpo ubrany mężczyzna. Słaniał się z lewa do prawa, tak jakby bawił się w formułę jeden i próbował rozgrzać opony, zataczając coraz większe zakręty. Po chwili upadł na ziemię, a dzwon uderzył kolejny raz, bardzo wymownie. Czekałem, aż mężczyzna się podniesie. Na próżno. Ubrałem płaszcz i wyszedłem na dwór, by zobaczyć co się stało z tym nieznajomym przechodniem. Po obróceniu go na plecy, tylko jedną rzecz zdało się zobaczyć. Brak twarzy. Dookoła mnie nie było nikogo, a mimo to czułem się osaczony przez setki, jak nie tysiące ludzi. Dzwon kościelny zaczął wybijać rytm jakby zapraszał wszystkich na mszę świętą. Jednak moc tych uderzeń zdawała się mówić, że to nie jest wesoła nowina. Dzwon bił coraz szybciej i szybciej i szybciej. Na końcu ulicy zdało się widać czarne kontury postaci, które po kolei upadały jak na rozkaz brzdęku metalu uwieszonego w ceglanej wieży. Jeden po drugim, jak od strzału lodowego snajpera. Padali z zimna, przemarznięci, bez ubrań. Szeregi klękają, a ja siedzę. Siedzę sam na środku tej ulicy i widzę daleko stąd, węglowe duchy, które wracają do swej pierwotnej formy. Dzwon bił już raz na sekundę. Czasem mogło się wydawać, że oznaczał upadek nie jednej, a dwóch lub trzech osób za jednym uderzeniem. Kim są te duchy? To ludzie, których Bóg zabiera do siebie? A może to armia ciemności, która na dźwięk wiary wraca do swoich czeluści? Tego nie jestem pewien.

Dzwon wreszcie wybił ostatni raz. Moje nogi zwiotczały. Bałem się tak bardzo, że nie byłem wstanie wydać żadnego dźwięku. Upadłem z łomotem o czarną jak żużel ulicę usypaną mrocznymi postaciami. Obudziłem się w łóżku z przemarzniętymi do szpiku kości stopami i poduszką atramentowego koloru na mojej głowie. Poduszka zaczęła się ruszać i… Miałczeć. Mój kot najwyraźniej miał ode mnie o wiele lepszy sen. No nic, czeka mnie długi wtorek i zdalne nauczanie.

Podobne opowiadania

444

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *