Śmierć

Ludzi w czarnych sukienkach i kostiumach zbierało się coraz więcej. Niektórzy z uśmiechem zaglądali do trumny, inni bali się spojrzeć na mnie w takiej chwili. Im dalsza rodzina, tym większe kapelusze i większe pióra z nich wystające. Trzeba było zrobić wrażenie na rodzinie, co z tego, że umarłam. Wdzięcząc się bardziej niż na różnych balach zapełniali miejsce wokół mojego grobu.

            Tylko na co? Po co to wszystko? Miałam zwiedzić dzikie stepy, przedrzeć się przez zieloną dżunglę, przemierzyć suchą jak kartki papieru pustynię, ale nie to było mi dane. Teraz już pozostał mi wieczny sen. I wrogie spojrzenia (nie)przyjaciół.

            Próbowałam znów poczuć cokolwiek. Zapach ulubionego kakao w puszce, w której przebywało tak długo, że sama puszka, nawet opróżniona, dalej utrzymywała tę woń. Dotyk porannej mgły na kostkach, gdy w wakacje wymykałam się z domu, jeszcze przed wschodem słońca. Widok aksamitnych pudełek poukładanych na strychu, do których nie wolno mi było zaglądać. Odpędzanie mnie od nich powodowało, iż myślałam, że w środku pochowane są tajemnice wagi państwowej, przez co jeszcze bardziej chciałam do nich zajrzeć. Dźwięk odklejanej taśmy, która stanowiła niezbędny fundament domku z poduszek, w którym chowałam się przed problemami.

            Wiem, że pada. Ale niestety nie poczuję już smaku kropel na języku, ani zapachu mokrego chodnika, ani nawet dotyku na skórze. Po prostu nie zostało już nic.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *