Ten mały, najdroższy plan

Wydają się być absolutnie identyczne, jednak w gruncie rzeczy każde z nich jest wyjątkowe. Dziewczynka czy chłopiec, spokojne czy rozwrzeszczane, o ciemnych, mądrych oczach czy o błękitnym, przenikliwym spojrzeniu – wszystkie wydają się być iskierkami ciepła i radości w życiu każdej rodziny. Są urzekające. Mogą wierzgać wściekle nóżkami, mogą wymachiwać bezładnie grzechotką, mogą też nie robić absolutnie nic, a i tak zawsze, ale to zawsze, udaje im się wprowadzić otaczających ich ludzi w stany, które zapewniają im pełen komfort. Wszystkim nieco natrętnym, lecz troskliwym i miłym paniom pozwalają cmokać z zachwytu i gaworzyć nieskładnie nad wózkiem, podczas gdy bardziej hałaśliwych, młodszych osobników skutecznie płoszą (zazwyczaj samą swoją egzystencją), czym zapewniają sobie spokój, bezpieczeństwo, a także opiekę i rozrywkę lepszą niż mógłby im zaoferować niejeden luksusowy hotel. Wystarczy, że cichutko stękną, a zaraz ponad ich głowami pojawia się tłumek osobników (w słowniku ludzi dorosłych najczęściej nazywanych  „babciami” lub „ciotkami”) szczebioczących rozanielonymi głosami:

– Zobaczcie, oczka to ma po mamusi.

– A ten przesłodki noseczek? Wykapany tatuś!

Tak, owszem, są to przemyślenia nad wyraz fascynujące. Swoją niezwykłość zatracają jednak dość szybko, a dokładnie wtedy, kiedy maluch przestaje w końcu być taki mały. Wtedy już nikt nie zastanawia się, skąd w tym dziecku pasja do surrealistycznych filmów ani czy to przypadkiem nie po matce odziedziczył miłość do arbuzowej galaretki i wiarę w to, że jego skarpetki w różowe ciapki mają moc szczęśliwego talizmanu.

W ogóle w pewnym wieku cechy człowieka, które do niedawna wydawały się być nieodłącznymi elementami jego wrodzonego uroku, nagle jak gdyby blakną i przestają być tak cudowne jak wcześniej. Dziecko przestaje być „malutką, słodziutką kruszynką”, a staje się po prostu „nie za wysokim chłopcem”. Jego włosy nie są już „dłuższe niż ostatnio, jak się widzieliśmy o – o mój Boże! – całe pół milimetra”, a raczej „ni to długie, ni to krótkie”, i nie mają już „trudnego do zdefiniowania odcieniu” – są po prostu „nijakie”. Najciekawsze w tym zjawisku  jest to, że żadne przemiany jakościowe tak naprawdę w dziecku nie zachodzą.

Na szczęście jest ktoś, kto doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bowiem dla niego to dziecko, cokolwiek by się nie działo, zawsze będzie najwspanialszym na świecie maluszkiem. Małe czy duże, zawsze będzie w równym stopniu wyjątkowe i wspaniałe. Dlaczego? Dlatego, że dla rodzica jest największym skarbem na świecie. Dziecko tę wielką miłość najczęściej widzi z nieco nieznośnej dla niego perspektywy, mianowicie pod postacią chodzącej za nim zamartwionej matki powtarzającej w kółko:

„Nie siedź ciągle z nosem w telefonie, pograłbyś czasem w jakieś szachy. Nie pij tyle tej kawy. Nie włócz się nigdzie po nocach. Myj dokładnie ręce. Nawet nie waż się próbować alkoholu! I uspokój się, stres to nic dobrego”.

Mimo że uwagi te są powtarzane przez nie niemal bez przerwy, matki w rzeczywistości wierzą ze wszystkich sił, że ich pociechy poradzą sobie ze wszystkim doskonale. Wiadomo, nie roztaczają już tej słodkiej aury, jaką ma w sobie bezbronne, niewinne niemowlę, ale przecież wciąż mają w sobie ogromny potencjał. Potencjał nieraz tak wielki, że po zetknięciu się z nim ziarno ambicji zasiane w sercu matki zaczyna kiełkować. W końcu każdy chciałby, żeby jego dziecko coś w życiu osiągnęło, było genialne w tym co robi. Jak David Bowie. Albo Tim Brooke-Taylor. Albo Tolkien.

Gorzej tylko, jak dziecko żyje rozśmieszaniem innych albo pisaniem niewiele wnoszących historyjek, w których wylewa swoje żale, a rodzice uparli się, że usadzą je przy fortepianie.

Tak czy inaczej, ciągły rozwój i wielkie osiągnięcia dziecka właściwie nie są celem rodziców. Są planem. Wielkim planem, który ma doprowadzić dziecko do tej upragnionej przez rodziców wielkości. Plan ten, chociaż związany jest ze sferą czysto duchową, często przybiera formę absolutnie fizyczną i namacalną – planu ZAJĘĆ, czyli takiej małej, niepozornej karteczki. Wiąże się z nią jednak pewna naprawdę ciekawa prawidłowość. Im większą ilością napisów zapełnia się taka karteczka, tym mniej dziecko ma czasu na jakąkolwiek czynność nieuwzględnioną w owym rozkładzie. Na przykład na takie zerknięcie na zegarek. Ta prosta czynność normalnie nie zajęła by dużo czasu, ale u takiego dziecka już powoduje całe trzy sekundy opóźnienia w rozkładzie. Potem spóźnia się na zajęcia, uciekają mu autobusy, ogólnie robi się bardzo nieprzyjemnie.

Takie dziecko, nie można powiedzieć, żyje jak prawdziwa, dorosła gwiazda. Posiłki jada w restauracjach na kołach, przez cały czas jest w trasie, a jak się z kimś spotyka, to wszyscy wypytują go o jego osiągnięcia i „karierę”. Żyć nie umierać.

Jednak, wierzcie lub nie, takie dziecko naprawdę, naprawdę czasem nie pragnie niczego tak bardzo jak tego, żeby czasem ten pełniący dla niego rolę jadalni autobus stanął kiedyś w korku. Takim niedługim, godzinnym, może nawet troszeczkę krótszym. Takim, żeby chociaż raz mógł nie iść na żadne zajęcia, spędzić czas wolny po swojemu. W zatłoczonym autobusie, ale jednak. Cóż za ulga.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *