To tylko ludzie

Stukot podeszwy eleganckiego buta o brudny chodnik Jerozolimy rozchodził się w ciasnej uliczce, rozgłaszając nadejście właściciela. Było to o tyle niezwykłe, że był to jedyny dźwięk, który dałoby się usłyszeć w Ziemi Świętej. Miasto nadal spowijała ta dziwna gęsta mgła złożona z drobinek kurzu i piasku przywieziona wraz z pojawieniem się ostatnich czterech turystów. W owej mgle pewnym krokiem podróżowało coś. Im dalej brnął, tym tego sylwetka stawała się coraz lepiej widoczna. Po chwili wiadomo było, że to mężczyzna. Szedł powoli. Stawiał swoje kroki rozważnie, lecz pewnie. Wydawałoby się, że widzi przez tę mgłę. Przypuszczalnie może i tak było. Był młody. Wyglądał na 16, może na 18–latka. Był seksowny. Może nie przystojny, lecz pociągający. Latynos o długich lokach i wygolonych bokach, który wyglądał jak model. Nawet tak się ubierał – ciemnofioletowa marynarka założona na komponujący się do tego stroju czarny golf. W jednej dłoni skrytej za kruczą skórzaną rękawiczką trzymał walizkę z metalowymi inicjałami „SD” wszytymi jako jej zaciski. W drugiej zaś dzierżył puszkę po wypitej wcześniej zimnej herbacie. Samael Dawnlord zmierzał w stronę sklepu botanicznego o jak pięknej nazwie „Eden”. Sklep znajdował się na rogu skrzyżowania, które nawet wczoraj, o tak późnej porze, tętniło życiem. Mimo że było to nietypowe, nie to był szczegół, na który zwróciłby ktokolwiek uwagę. Tylko z tego budynku w całej Jerozolimie, wydobywało się jakiekolwiek światło. Nawet gwiazdy nie oświetlały tak tętniącego wcześniej życiem miasta, ale czemu by miały? Przecież spadły kilka godzin temu. Drzwi „Edenu” otworzyły się, a zawieszony przy nich dzwonek poinformował o tym właściciela. Sklep był ogromnym miejscem. Trzy otwarte piętra wypełnione niezwykłymi roślinami o cudownym zapachu i niesamowitych kształtach. Samael jednak zignorował to wszystko. Jego wzrok przykuła uwagę zwykła jabłoń stojąca na parterze w rogu. W sumie słowo zwykła nie jest adekwatne do tej sytuacji. W miejscu wypełnionym niespotykanymi okazami jak to obiekt tak zwyczajny, jak ta jabłoń jest czymś odmiennym. Mężczyzna pogłaskał rewersem swej dłoni zadbane liście drzewa, wpatrując się w miejsce, w którym powinny się znajdować dwa jabłka, które ewidentnie zostały zerwane. Wszakże drzewo to wydało już piękne i przykuwające uwagę pokaźne owoce. Dźwięk kroków rozbrzmiewający w pobliżu schodów odciągnął gościa od bacznej obserwacji gałązek i ze spokojem zwrócił swój wzrok w stronę nadchodzącego jegomościa. Był to czarnoskóry mężczyzna o lekkim zaroście i łysej głowie. Miał niesamowicie gładką cerę i symetryczną twarz. Nosił rozpiętą białą koszulę i lekko powycierane jeansy. To jego można było nazwać tym przystojnym.

– Czarny? – odezwał się z rozbawieniem Samael – ty bardzo lubisz sobie utrudniać zadanie.

– Uważasz, że mój wcześniejszy wygląd był lepszy? – odpowiedział mu ciemnoskóry mężczyzna. Miał głos jak dzwon. Obijał się o uszy i w żaden sposób nie dało sięgo zignorować.

– No wiesz, ludzie opatentowali tamten styl. Teraz nazywaliby cię hipisem. – Latynos znów spojrzał na jabłoń – Tamto miejsca… to moje?

– Tak. Chciałem zapamiętać tę chwilę. Moment, w którym wygrałeś. Pierwsza próba i zwyciężyłeś. – uśmiechnął się – To mi się nie za bardzo spodobało.

– Wiem, wiem. Nadal mnie wszystko boli. Musiałeś mnie zrzucić tak mocno? Byłeś strasznie agresywny. Dalej mam blizny na plecach – oznajmił, po czym skwitował to szelmowskim uśmiechem – Dobrze, do rzeczy. Elohimie Atua, nasz mały konkurs się zakończył i czas podliczyć wyniki. Masz może jakieś krzesła?

– Po co mam przynosić krzesła? – oznajmił ze spokojem Elohim, po czym odchylił się, w sposób, w który normalni ludzie siadają. Nagle pod nim znalazło się proste drewniane krzesło. Następnie zaprosił gestem otwartej dłoni swego gościa. Samael uczynił to samo. Jednakże pod jego tyłkiem pojawił się złoty i bogato zdobiony tron, który prawdopodobnie został podwędzony z Wersalu. Dawnlord podniósł z ziemi swą teczkę i położył ją na stoliku, podobnym do jego siedzenie, który pojawił się tak samo, jak tamten fotel. Odbezpieczył walizkę i wyjął z niej ogromne ilości ryz zapisanego papieru, które nie zmieściłyby się do normalnej teczki. Przystąpił do segregacji dokumentów, rzucając przejrzane papiery w powietrze. O dziwo, one tam zostawały. W tym samym miejscu. Dryfowały, zwrócone zawartością w jego stronę.

– Nie masz swojej dokumentacji? – Spytał Samael, nie odrywając wzroku od swych zapisków.

– A… tak… oczywiście – odparł zaspanym głosem Elohim. Wstał ze swego magicznego krzesła, po czym zniknął na kilka sekund. Wrócił z małym pudełkiem po butach, ozdobionym czerwoną taśmą izolacyjną. W pudełku znajdowała się kartka papieru poplamiona keczupem oraz wieczne pióra o złotej stalówce. Pan Atua wyciągnął ową kartkę i zaczął ją studiować. Obracał ją co kilka sekund i czytał wszystko, co się na niej znajdowało, z zaciekawieniem. Jakby zawartość drugiej strony ciągle ulegała zmianie. Po mniej więcej trzech godzinach obaj panowie skończyli czytać swoje prace, a następnie wymienili się nimi. Elohim podał swą kartkę Samaelowi, a dokumenty Samaela przeleciały w stronę Elohima. Po tym ponownie wrócili do studiów.

– A więc?… – spytał w końcu Samael – wygrałem?

– Na pewno nie uznam działań z 536; 1311; 1789 i 1939. Mówiłem, że wtedy potrzebowałem przerwy. Brałem wtedy tylko półroczne urlopy, a ty to perfidnie wykorzystywałeś!

– Tak? – odezwał się Dawnlord z poirytowaniem – A co ja mam powiedzieć o Peryklesie, Aleksandrze Wielkim, Cezarze? Co mam powiedzieć o cholernym Jezusie? Umawialiśmy się, chyba że przestaniemy ingerować? Zgodziłem się na Mojżesza, ale obiecałeś mi, że skończysz się bawić w człowieka!

– Odezwał się – prychnął czarnoskóry mężczyzna – Może nie „bawiłeś się w człowieka”, ale manipulowanie umysłem też było zabronione!

– Przepraszam bardzo! Szeptanie było przecież fundamentem tych zawodów!

– Szeptania, a i owszem, ale nie manipulacja!

– Kim niby manipulowałem, ja się pytam?

– No właśnie! Spytaj Kima. Możesz jeszcze Mao, Tepesza, Nerona, Adolfa. No i nie możemy zapomnieć o moim wąsatym faworycie! Józef bardzo ci się udał! – wrzasnął wzburzony Atua.

– No dobra – zrezygnował Dawnlord – więc jest po równo.

– Nie. Odejmuje ci za te lata.

– Więc ja odejmuje chrześcijan

– Ej, ej, ej! Bez takich. Eh… No dobrze. Ale 1789 i 1939 ci nie odpuszczę.

– Niech będzie. W sumie to dobry miałeś plan z tym Jezusem. „Miłujcie się wszyscy, tak jak ja was umiłowałem”. Skisłem prawie, jak to usłyszałem.

– Weź, przestań. Nadal mnie ręce bolą. Te gwoździe miały z dwa centymetry średnicy.

– Nie jęcz. Przecież trzeciego dnia dziarsko wyszedłeś z grobu. Ten legionista dostał zawału, jak cię zobaczył – zaśmiał się – No i obiecałeś im, życie wieczne. To, co przecież już dawno sobie ubzdurali. A ty dupku im jeszcze to fałszywie potwierdziłeś.

– Nie okłamałem ich. Dałem im życie pozagrobowe. Nie moja wina, że tylko Hindusi zrozumieli, o co mi chodzi.

– To tylko ludzie! A ty ich pozmieniałeś w Wiewiórki, koty, bakterie, kamienie… Właśnie… co się stało z nimi po dzisiejszym?

– A myślisz skąd mam tak dużo roślin? – Odparł

– To nie są pozostałości po ogrodzie?

– Nic nie przetrwało mojego gniewu. Powódź oszczędziła tylko Jabłoń. – Wyjaśnił Elohim.

– Mówiłem, że Noe to głupi pomysł. Jeszcze im dałeś tęczę. Miała być symbolem pokoju, a stała się znakiem orientacji, którą twój kościół zaczął tępić. Miłujmy się… też mi coś.

– Zaczął, boś zaczął kusić.

– Trzeba się umieć bronić. Więc… kto wygrał?

– Niestety ty… ale siedmioma punktami!

– HA! – Wrzasnął Samael – Udało się! Mówiłem! To tylko ludzie! Oni zawsze będą się wypierać tego twojego dobra. Pełzali po ziemi jak mrówki od początku, budując swoje monumenty i myśląc, że to sprawi, że staną na równi nam. Ale każdy chciał być pierwszy, więc kopał dołki pod drugim. Tamten jak spadł, to myślał, że w niebie jest ktoś, kogo, można za to obwinić i obwiniał, nie widząc złego w ty pierwszym.

– Tak, naiwni, a zarazem piękni, czyści, wyzwoleni i dobrzy. Oni tworzyli! Śpiewali, jedli, śnili, bawili się, śmiali, żyli i umierali. Czy to niepiękne? Zawsze to znosili. Wstawali i znów śpiewali, jedli… To nie są TYLKO ludzie. To aż ludzie. Może ograniczone życie to jednak klucz do takiej radości? Może śmierć to nie tylko koniec? Może czegoś nie dostrzegamy?

– Nie wiem i mnie to nie obchodzi. Dla mnie to tylko ludzie. Co tu kryć. Możesz tu pozostać, śpiewać, jeść i śnić albo zrozumieć, że to tylko ludzie. Stoją w miejscu, skazani na wtaczanie głazu na górę, licząc na nagrodę.

– I ją dostali. Miłość. Nie stworzyliśmy jej. Adam przecież napastował Ewę. A bardziej miał. Tylko coś między nimi zaiskrzyło. Zbudowali unikalną więź. I tak się stało z resztą. Pokochali się. Zbudowali coś, czego my nie zrobiliśmy i stanęli obok nas, a nawet ponad nami. To są ludzie. To nasi bogowie.

– Tak… stworzyli miłość… nienawiść… zemstę… morderstwo… za bardzo się do nich przywiązałeś. Bronisz ich. Na to już za późno. Oni spadli z tego piedestału. Spadli jak ja. Ale nie przetrwali upadku. Jacy to bogowie skoro nikt o nich już nie pamięta?

– Nie? Walczyłeś zawzięcie o każdego. Znałeś ich pragnienia i fantazje. Aspiracje i lęki. Zapomniałeś o chociaż jednym? Nie kibicowałeś ani jednemu chociaż raz? Nie wspomogłeś żadnego? – Samael nie odpowiedział. Chodź sama cisza, zdawała się odpowiedzią na pytanie. – Tak myślałem. Więc… zbieraj się. Czas stworzyć coś nowego.

Światło w ogrodzie botanicznym „Eden” paliło się jeszcze przez 7 dni, po czym zgasło. A wraz z nim zgasło życie w Jerozolimie. Zgasło też w Alpach, na pustyni, w dżungli i na stepie… a potem zgasło i słońce. I tak jak stworzyli w 7 dni, tak i zburzyli też w 7…

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *