Trzy bojowe klapki

Był to letni wieczór około godziny dziewiątej. Sławek leżał właśnie w łóżku rozmyślając nad nieubłagalnie płynącym czasem, w końcu będzie na obozie zaledwie 10 dni. Razem z nim w pokoju siedzieli nowo poznani znajomi. Sławek przeszywał ich wzrokiem. Próbował znaleźć, na jeszcze obcych twarzach, choćby jedną myśl, która by dominowała spośród tysiąca przewijających się przez głowy współtowarzyszy. Radość, zaskoczenie, strach? Cokolwiek, by tylko zrozumieć dlaczego siedzi właśnie w tym pokoju, a nie ugania się za dziewczynami jak to miał w zwyczaju.

Minęła godzina bez choćby jednego słowa w męskim pokoju. Ciszę zakłócał jedynie głośnik cicho grający najsłynniejszą balladę rockową na świecie. Przez otwarte okno, jak strzała, mignęła czarna plamka i wleciała do dziwnej, starej lampy. Wszyscy będący w pokoju od razu podskoczyli na łóżkach słysząc, z pod klosza lampy, bardzo wyraźne bzyczenie. Głośnik przestał grać balladę. Przez chwilę wydawało się jakby czas się zatrzymał, a tej przerwie od wszelkiego życia wyrwał się jedynie stwór wydający irytujące dźwięki. Sławek zerwał się z łóżka i chwycił za jedyną rzecz jaką miał pod ręką. Był to bojowy klapek! To właśnie klapek będzie zbawieniem tego pokoju. Reszta chłopców też nie próżnowała. Byli niczym trzej muszkieterowie, a każdy miał w ręku swój bojowy klapek niczym szpadę! Na ich czele stanął najstarszy z pokoju Warszawiak, który niczym d’Artagnan poprowadzi ich do walki, dzierżąc broń wszystkich posiwiałych mędrców. Kij od Miotły!

Ustawili się w szyku bojowym i czekali na ruch bestii. Wyleciał niczym smok na palenie wiosek. Był to największy szerszeń jakiego którykolwiek z nich widział. Warszawiak pchnął kij robiąc trochę szumu i dziurę w suficie. Wszystkie trzy klapki poleciały w stronę potwora. Zwrot. Unik. Bzyk. Żaden nie trafił. Chłopcy przeturlali się by chwycić za broń ponownie. Odskok. Piruet. Chwyt. Linia i rzut! Potwór oberwał…

Padł na ziemię z hukiem godnym spadającej muchy. Sławek spojrzał, zastanowił się czy wysiłek był tego wart? Przecież to nie potwór, a owad, który nawet ich nie zaatakował, ale to już nie miało znaczenia. Reszta za plecami zamyślonego chłopca wydawała rozmaite okrzyki radości. Sławek przysiadł na podłodze i zrozumiał jedną, ale jakże istotną rzecz. Tych prostych chłopców połączył wspólny wróg i bojowy klapek w dłoni.

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *