Władza – część 1

Z każdą kolejną godziną czekania okna wtulone w kamienne ściany pokrywała coraz większa warstwa szronu. Również i chłód, który wdzierał się do korytarza przez te same okna, stawał się coraz bardziej natarczywy, zmuszając ciało dziewczyny do lekkiego podrygiwania z zimna. Złapała więc swoje dłonie w ogrzewającym uścisku i rozejrzała się wokół siebie. Blask dwóch księżyców był jedynym źródłem światła w tych ścianach. Promienie Yenny i Sigmy wpadające poprzez te przeklęte okna odsłaniał popiersia różnych osobistości rozstawione w równych odstępach przy ścianach korytarza. Irene stała obok jednego takiego popiersia. Był to mężczyzna o owalnej pucołowatej twarzy. Twarz, jak i u każdego innego popiersia, była martwa, cicha, znudzona wiecznością zaklętą w marmurze. Przymknięte oraz zmęczone oczy emanowały tą niepokojącą energią śmierci. Czy nie na to każdy z nich czeka? Pomyślała Irene, po czym przejechała zmarzniętą dłoniom po kamiennej łysej głowie. Czy nie czekacie by śmierć uwolniła was od ciężaru tajnej wiedzy?. Uczennica po chwili odczytała inskrypcje wyrytą pod posągiem. Głowa należała do Louisa z Chetua, ostatniego Najwyższego Uczonego Magistratu. Kiedyś zdarzyło się jej usłyszeć o Mistrzu Louisie. Podobno jedyne co po sobie pozostawił to trzy księgi o astronomii oraz to popiersie. Uczony rzucił się z wieży sypialnianej 3 lata po objęciu urzędu, tym samym stając się dwunastym z dwudziestu siedmiu Najwyższych Uczonych, który zakończył swoją służbę w nienaturalny, ale kontrolowany sposób. Dziewczynę zawsze zastanawiało, co skrywały dokumenta i księgi, które doprowadzały tak zacnych Magistrów do rozpaczy. Coś w końcu musiało. Tylu samobójców. Nie dziwne, że każdy boi się zostać Najwyższym. Rozmyślania przerwał jej jęk otwieranych drzwi, za którym podążył stukot butów o kamień posadzki. Kilka metrów od niej stał mężczyzna o dość drobnej oraz przygarbionej posturze pasującej do starca jego wieku. A sądząc po wielu zmarszczkach na jego twarzy liczył on sobie sporo cykli.

– Adeptka Irene aep Tiavante? – spytał wreszcie drżącym szorstkim tonem – Kolegium prosi do sali – powiedział, po czym wysunął pomarszczoną dłoń w stronę drzwi zapraszającym gestem. Irene wyprostowała się i wzięła głęboki oddech. Czas na egzamin, który zdecyduje o jej przyszłości w tych murach. Musiała się opanować. Białawy obłok, który wydostał się z jej ust przy wydechu, na pewno jej w tym nie pomógł. Czemu na wszystkich świętych musi tu być tak kurewsko zimno, pomyślała. Wzięła więc kolejny, głębszy oddech i powolnym chodem udała się w stronę otwartych drzwi.

Każdy krok w stronę światła wydawał się cięższy od poprzedniego. Stresu dodawały jej pytania, które lewitowały bezwiednie w jej głowie. A co jeśli nie zda? Co jeśli coś pójdzie nie tak? Co jeśli okaże się, że nic nie wie? Im bliżej drzwi była, tym głośniej krzyczała w myślach. Wreszcie przekroczyła próg i stanęła w pełnym blasku świeczników we wnętrzu auli. Na środku sali stało krzesło, oddalone od niej o trzy, może cztery kroki, a przed nim masywny stół, na którym rozłożone zostały narzędzia – skalpele, lupy, cęgi, cyrkle, sfera Dalvichiego i inne przyrządy potrzebne do identyfikacji lub badania. Jedynym „nie narzędziem” znajdującym się na blacie była mała stalowa pokrywka zasłaniająca przypuszczalny przedmiot jej egzaminu. Sami egzaminatorzy usadowieni zostali na metrowym podium znajdującym się zaledwie centymetry od stołu. Pięć pulpitów umiejscowiono na owym podium w taki sposób, by tworzyły półokrąg otulający aplikanta. Oczywiście przy każdym pulpicie zasiadał jeden członek Kolegium Katedry Teorytyki. Każdy z nich był szanowaną osobistością uczelni z wieloletnim doświadczeniem badawczym. Adeptka rozpoznała jednak tylko jedną z twarzy. Kobietę, która siedziała pomiędzy czwórką innych magistrów. Valeria Batto – matriarchini Uniwersytetu. Najważniejsza kobieta oraz uczona w całym mieście. Magister Batto była zlepkiem podobieństwo wyciągniętych z przeciwieństw Irene. Średniego wzrostu kobieta o jasnej i delikatnej cerze, którą zdobiły lekkie fałdki spowodowane wiekiem. Valeria jak Tiavante nosiła twarz dumną, jak i zmęczoną, choć jej zmęczenie wynikało prędzej z leciwości oraz przepracowania niżli z niewyspania. Oprócz wieku Valerie od Irene odróżniały włosy. Miast długich płomiennych fal Valeria miała krótkie złote kosmyki przycinane, aby sięgały tylko szyi. O dziwo nie przeszywało je żadne srebrne pasmo, które tak często ukazuje się z wiekiem.

– Proszę usiąść – poinstruowała Irene Valeria. Nie odrywała nawet na ułamek sekundy wzrok z ksiąg rozłożonych na pulpicie przed nią. Jakby notatki w nich zawarte były ważniejsze od egzaminu – Proszę streścić szanownemu kolegium, kim jesteś i o co pragniesz się ubiegać.

– Jestem Irene aep Tiavante, adeptka katedry teoretyki luminomancji i piromancji w Summerhall. Przybyłam prosić szanowne kolegium o awans na magistra szanownej katedry.

– Kolegium udziela ci zgody na podejście do egzaminu. – powiedziała swym monotonnym głosem Batto, znów nie odrywając wzroku od stronnic księgi. –  Podnieś proszę pokrywkę, która znajduje się przed tobą.

Minęło kilka sekund zanim Irene wyciągnęła drżącą rękę, by unieść błyszczący błyszczące przykrycie. Wreszcie, gdy się na to odważyła, ujrzała coś, czego by się nigdy nie spodziewała ujrzeć na egzaminie magisterskim. Przed nią, na żelaznym talerzu stało jajo. Będąc bardziej precyzyjnym – kurze jajo. Najzwyklejsze pod fałszywym słońcem jajo. Nie wyróżniało się niczym. Ani skorupką, ani wielkością czy też kolorem. Najnormalniejsze jajo. Tiavante spojrzała więc na kolegium z wyraźnym niedowierzaniem wymieszanym z nutką przerażenia.  

– Twoim celem jest udzielenie kolegium odpowiedzi na te pytania: Co znajduje się w jaju? Dlaczego uważasz, że to to? Jak się to tam znalazło oraz jak można to wykorzystać? Na wszystkie potrzebne badania oraz przemyślenia masz 2 godziny. – oznajmiła adeptce matriarchini po czym łaskawie spojrzała na nią po raz pierwszy i już ani razu nie spuściła z niej wzroku.

Jajo. Cholerne jajo. No co może znajdować się w jaju jak nie białko i żółtko? Irene zdawała sobie sprawy, że to nie może być tak proste. Przed nią na blacie stał ostatni egzamin, który musiała zdać, aby stać się pełnoprawnym magistrem. Magistrem. Magiem. Czarodziejem. Wiedźmą. Kimś, kto wreszcie będzie miał coś do powiedzenia na temat własnego życia. Ostatni egzamin. Jajo. To nie mogło być tak proste. Ba, to nie miało prawa być tak proste. Gdzieś tkwił haczyk, którego nie mogła teraz dostrzec. Zmrożona wizją podstępu spojrzała się na kolegium. Nikt nie spuszczał z niej oczu. Przeszywali ją martwym i zmęczonym wzrokiem jak statuetki, które stały w korytarzu obok. Akurat teraz. Akurat, gdy potrzebowała potwierdzenia braku presji, oni na nią naciskali. Ciężar ich wzroku niemal wciskał ją w krzesło. Czy to na pewno jajo? Irene chwyciła kątomierz oraz sferę i zaczęła kreślić węgielkiem na pergaminie informacje, które sprawdziła. Waga i rozmiar pasują do kurzego jaja. Sfera wskazuje, że natężenie energii w jaju nie przekracza nawet połowy normy. Chwyciła więc za skalpel by…

– Dziękujemy bardzo adeptko – wymamrotała Valeria – to wszystko, co musieliśmy wiedzieć. Możesz opuścić aule.

Irene raz jeszcze spojrzała na Valerie Batto i resztę członków kolegium. Jej wybałuszone ze strachu oczy doprowadzały ją do płaczu. Nawet jedna osoba nie spoglądała już na nią. Jedynie wgapiali się w swoje księgi i bazgrali w nich jakieś notatki. Zawiodła? Jak to dziękujemy? N-nie zdała? ALE JAK? Co zrobiła nie tak? Po chwili poczuła na swym barku lekki uścisk. Staruszek, który wcześniej zaprosił ją tutaj, kierował swoją dłoń ku wyjściu, oplatając palce drugiej ręki na jej ramieniu. Nie było już wyjścia. Irene aep Tiavante oficjalnie oblała egzamin magisterski. Niech święci błogosławią, że mogła jeszcze podejść do niego dwukrotnie. Tylko… co zrobiła źle?

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *