Zanim oblepią nas ćmy i motyle

Czasami pragniemy dostać skrzydeł. Obserwujemy ptaki na horyzoncie i myślimy o ich wolności w przestworzach. Ale nie jesteśmy stworzeni dla wysokości. Przynajmniej wielu z nas. Nie umiemy marzyć jak te stworzenia w powietrzu. Nawet jakby podarowano nam wynalazek godny Dedala, zmarnowalibyśmy jego potencjał niczym Ikar. Bo obiecano nas przyziemnym myślom, przypisano do prostoliniowości ziemi. Jesteśmy tym lądem całymi sobą, trochę z przymusu, trochę z wyboru. Bo nie chcemy wzbić się w powietrze i odlecieć w nieznane. Ponieważ nie mamy krótkowzroczności tych nieograniczonych istot. 

Jednak w naszym życiu wcale nie brakuje skrzydlatych stworzeń. Czasem tylko zapominamy o nich, kiedy puszczamy się w pogoń za uciekającym kluczem gęsi. Kiedy wywracamy się o własne nogi, gdy łapiemy wolność otoczoną czarnymi piórami. Kiedy wypatrujemy bezkształtnych plam na niebieskiej płaszczyźnie. A nasza niebiańskość unosi się o wiele niżej. Trzyma się bliżej ziemi. Pragnie trochę ziemi i trochę nieba. Obraca się w tańcu z przyziemnym człowiekiem. Obsiada wilgotną skórę i łapie powiewające na wietrze włosy. A potem wdziera się do naszych wnętrz i bieży razem z krwią w stronę serca. Bo naszą wolnością nigdy nie będą prawdziwe skrzydła. 

W naszych głowach czai się chęć odrębności. To tam wbrew wyobrażeniom ludzi tworzą się marzenia. A prawdziwe uzależnienie pochłania serce, które łapie znajdujące się wokół nas motyle. To ono chwyta zagubione, wieczorne ćmy i pozwala usadowić się im wewnątrz nas, by przywiązały nas do prostoty świata. Bo to serce chłonie emocje, wysysa z nas ostatki sił, by przemierzać lądy w poszukiwaniu uczuć, a nie nowych wrażeń, jak chce umysł. To serce jednego dnia odbiera nam chęć podróży, a drugiego rzuca nas na drogi i roznieca chęć ucieczki. A głowa wciąż pragnie wzbicia się w powietrze, chce skrzydeł Dedala. Ale serce zmienia je w tę felerną parę Ikara i pali je w słońcu. 

Zawsze ostatnie słowo należy do tego czerwonego narządu w naszych piersiach. To ono dodaje nam ciężaru. Często wpuszcza nam do brzucha rozszalałe motyle. Czasem pozwala, by nocne ćmy pozostawiały na naszej skórze mroczne ciele. A my zgadzamy się na to bez mrugnięcia okiem, bo zauważamy jedynie tego czarnego kruka na niebie poderwanego tam przez wichurę. Jednak nim się zorientujemy, okazuje się, że ulubioną zabawą naszych serc jest oblepianie nas tymi sługami ziemskiej wolności, strażnikami emocji i przywiązania. A potem każdy cal naszej skóry pokryty zostaje ćmami niepokoju. A one krzywdzą nas ostrymi krańcami swoich skrzydeł i wprowadzają do krwi zmartwienia, by potem zniknąć na chwilę. By ustąpić miejsca motylom, których drobne nóżki stąpają sobie beztrosko po naszych rękach, po plecach i stopach. A stworzenia te zamachają zawsze swoimi barwnymi skrzydełkami, przynosząc garść uciechy. I znikną, a potem znów przyjdą ćmy, następnie znowu wstąpią na nas ich kolorowi pobratymcy i ponownie zaczną nieskończony cykl łaknącego emocji serca.

A z każdym obrotem tego błędnego koła stajemy się coraz silniej pokryci ciężkimi przeżyciami, troskami i zmartwieniami. Pewnego dnia serce tworzy z nas lep na swoich pomocników. Pozbawia marzeń o fantazyjnej wolności i obdarowuje nas na przemian swoimi darami i przekleństwami. Lecz tylko od nas zależy, czy porzucimy skryte w umyśle marzenia o wolności ptaków dla ziemskiego brzemienia swobody człowieka.

Jednak na tę decyzję nie mamy zbyt wiele czasu, bo gdzieś niedaleko nas tworzą się nowe problemy, nowe doznania na ziemi. Możemy wybrać. Jednak niewielu z nas to robi. Bo musimy zdecydować się zanim znów oblepią nas ćmy. Jeśli chcemy, musimy uciec zanim nasze serca znów złapią nas w swoją siatkę złożoną z motyli. Zanim emocje obrócą nasze skrzydła w gruby kokon gąsienicy.

Może to właśnie stąd mityczność wynalazku Dedala?

Podobne opowiadania

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *